Czy zostanie pan moim sponsorem?

Odsłona pierwsza – Melbourne

Drzwi konsulatu Indonezji w Melbourne zastajemy zamknięte. Wisząca na nich smętnie karteczka informuje, że konsulat był nieczynny z powodu obchodów muzułmańskiego Nowego Roku.

Następnego dnia tuż po śniadaniu ponownie udajemy się do konsulatu. Mimo, że jesteśmy jedynymi petentami a urzędnicy doprawdy mili, załatwianie wiz trwa w nieskończoność. Najpierw musimy wypełnić przeogromnie długie wnioski wizowe (z niezrozumiałego dla nas powodu po dwa na głowę). Potem dowiadujemy się, że wizy możemy dostać jedynie na 30 dni (większość innych narodowości miało prawo do 60 i to bez wizy). To istotnie komplikuje nasze plany, bo niemożliwością jest zobaczenie tego, co chcemy w zaledwie 30 dni! Urzędnicy zapewniają nas jednak, że nie mamy się, czym martwić, gdyż bez najmniejszego problemu można przedłużyć wizę w Indonezji. To nas uspakaja. Gdy już wydaje nam się, że wszystko jest gotowe i chcemy uiścić horrendalnie wysoką opłatę wizową, poproszono nas o ksera biletów lotniczych. No oczywiście że ich nie mamy. Zatem pędem w poszukiwaniu najbliższego punktu ksero. Po powrocie słodkim głosikiem urzędniczka informuje nas, że wystawienie wizy trwa 5 dni roboczych. No nie!!!! Ile czasu mamy siedzieć w Melbourne. Urzędniczka uprzejmie proponuje, że mogą nam przysłać paszporty wraz z wizami pod dowolny, wskazany adres.

– Wystarczy, że państwo zostawią nam zaadresowaną kopertę.

No właśnie zaadresowaną. Nie mamy najmniejszego pojęcia, gdzie będziemy za mniej więcej 5 dni roboczych? A ponadto, ile czasu trwa przesłanie listu w Australii? Ostatecznie po wielu dyskusjach i rozmowach telefonicznych podajemy adres naszego przyjaciela Adama w Adelaide. Teraz trzeba tylko znaleźć sklepik z kopertami, bo tych w konsulacie niestety także nie mają. Nasza wizyta przeciąga się tak długo, że po powrocie do samochodu znajdujemy za wycieraczką mandat za parkowanie bez stosownej opłaty.

Odsłona druga – Singapur

Ponad dwa miesiące później w dusznym i parnym Singapurze, naszym ostatnim przystankiem przed Indonezją, zastanawialiśmy się, co zrobić ze srebrnymi pierścionkami znalezionymi przez Włodka w łazience. Młody Brytyjczyk, do którego należą pierścionki, jest przeszczęśliwy, kiedy je odzyskuje. Jak się okazuje mieszka i pracuje na Bali w Indonezji. Słysząc że planujemy przedłużenie wizy indonezyjskiej na chwilę zamiera w bezruchu. Po chwili wymownego milczenia doradza, żebyśmy najpierw upewnili się w ambasadzie, czy to w ogóle jest możliwe.

-Ja dlatego co dwa miesiące wyjeżdżam z Indonezji do Singapuru, żeby ponownie uzyskać prawo do kolejnych 60 dni w Indonezji. Tylko przekroczenie granicy daje mi taką możliwość. Mój szef kilkakrotnie podchodził do przedłużenia mojego pobytu na miejscu, ale to czasochłonny i kosztowny proces. Poza tym trzeba mieć znajomości, żeby wiedzieć, komu i ile zapłacić. W zasadzie to proces z góry skazany na porażkę.

No nic, zatem czeka nas kolejna wizyta w ambasadzie, którą, jak dowiadujemy się z ulotki na płocie, w ostatnim miesiącu przeniesiono w inne miejsce. My to mamy szczęście 😊. W nowym lokum tylko mnie wpuszczają do budynku, ponieważ Włodek, według strażnika, nie jest stosownie do sytuacji ubrany. Jego niestosowne ubranie składało się z sandałów, bermudów i koszulki z krótkimi rękawami – dość nietypowe, prawda? Na szczęście ja tego dnia, mimo żaru lejącego się z nieba, mam długie spodnie i pełne buty, więc udaje mi się po długim staniu w kolejce dotrzeć przed oblicze urzędnika. Ten monotonnym i znudzonym tonem informuje mnie, że przedłużenie wizy jest absolutnie niemożliwe, chyba, że znajdziemy sponsora w Indonezji.

– Ale mnie mówiono w konsulacie w Australii, że to nie jest żaden problem, że..

– A kto to mówił, gdzie to jest napisane?

– No dobrze, to, kto może być takim sponsorem? – syczę przez zaciśnięte zęby i powtarzam sobie w duchu: tylko spokojnie, tylko spokojnie.

– Uniwersytet, jakakolwiek instytucja państwowa, obywatel indonezyjski – recytował urzędnik, a ja weszłam mu w słowo przerywając te wyliczankę:

-Czy jest zatem szansa, żeby pan został moim sponsorem?

Jego wściekły wzrok jest dla mnie wystarczającą odpowiedzią. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak tylko zmienić plan podróży.