Bałam się, że się Angor Wat mnie rozczaruje. Wszyscy opowiadali o nim niesamowite historie. Czytałam o nim wiele. W głowie kręciło mi się od nazw świątyń i imion królów. Niestety, pierwsze chwile wydają się potwierdzać moje najgorsze przeczucia – tłum ludzi, hałas, zgiełk, nachalni handlarze kolorową tandetą i przeogromna kolejka po bilety.
Najlepiej zachowana południowa brama prowadzi nas do Angkor Thom. Stopniowo oddalamy się od tłumu i zgiełku. Bayon ze swoimi wieżami, z których spoglądają olbrzymie kamienne twarze, wygląda pewnie tak samo, kiedy w otaczających świątynie drewnianych domach mieszkało podobno ponad milion ludzi. Miasto swego czasu większe niż Ateny, czy Rzym stało przez wieki porzucone przez swych mieszkańców powoli zarastając dżunglą. Spacerujemy tarasami słoni i trędowatego króla. Płaskorzeźby z portali przyglądają nam się z prawdziwie kamiennym spokojem. W świątyni Ta Prohm czuję się jak francuski podróżnik Manhot, który ponad 100 lat temu dotarł do ruin tego tajemniczego miasta. Dżungla wdziera się w ściany świątyni, gdzieniegdzie je rozsadzając, a gdzieniegdzie korzenie litościwie obejmują rozpadające się mury i stanowią już nieodłączną część architektury. Można by tak patrzeć w nieskończoność, obserwować jak promienie słońca wydobywają coraz to inne kształty i kolory i zastanawiać się, ile to jeszcze takich zapomnianych miast kryje dżungla.
Galerie płaskorzeźb opowiadają malowniczo historię i mitologię Khmerów. Podobno, kiedyś, wszystkie rzeźby były pomalowane na wiele różnych kolorów. Dzisiaj pozostał tylko szary kamień, gdzieniegdzie wypolerowany do połyskującej czerni dotykiem tysięcy dłoni ludzi, którzy nie mogą się oprzeć by, choć na chwilę, nie dotknąć tego cudu. Wydaje mi się, że zwłaszcza wypolerowane jest miejsce, w którym to bogowie wraz z demonami ubijają Morze Mleka, by z jego głębin wydobyć eliksir nieśmiertelności. Ja, sama, też nie mogę się powstrzymać i przesuwam dłonią po rzeźbionych kamiennych płytach.
Ufni w swe zdolności lingwistyczne, tłumaczymy naszemu kambodżańskiemu kierowcy, że jeszcze raz obejrzymy Ta Prohm, a później przespacerujemy się dżunglą do świątyni Pre Rup (około 3.5km), gdzie chcielibyśmy, by czekał na nas z motorem. Nasz kierowca poważnie potakuje głową i zadowolony kładzie się w najbliższym hamaku. Pewnie, dlaczego miałby nie być zadowolony. Zamiast wozić nas na motorze w coraz to większym upale i kurzu może się położyć w przyjemnym cieniu i odsapnąć – choćby tylko przez chwilę. Już w drodze do Ta Prohm zaczynają nachodzić nas wątpliwości, czy kierowca, aby na pewno nas zrozumiał. Przecież jego angielski ogranicza się jedynie do ‘Good morning’. Nasze wątpliwości rozwiewają się dość szybko. Kierowcy w umówionym miejscu oczywiście nie ma. Cóż trzeba łapać autostop, bo na ponowną wędrówkę w potwornym upale nie mamy już ochoty. I tak oto w kambodżańskiej dżungli łapiemy każdy rodzaj pojazdu, byleby tylko więcej nie dreptać w tym potwornym upale.
Na nasz widok kierowca leniwie wstaje z hamaka i jak gdyby nigdy nic wita nas szerokim uśmiechem i przeciągłym Goood mooorning.
Jakimś cudem udaje nam się zdążyć dosłownie na ostatnią chwilę, by zobaczyć wschód słońca. Niebo zmienia się z sekundy na sekundę, kolory stają się coraz to intensywniejsze a potem zaczynaja blaknąć. A potem dalej w dżunglę. Preah Neah Pean, Ta Som z olbrzymim drzewem stanowiącym portal budynku, Eastern Mebon, gdzie wdrapuję się na olbrzymiego, kamiennego słonia, czy wreszcie Bantey Kolei.
Jak miło wreszcie pospać sobie dłużej i poczytać książkę na werandzie, popijając zieloną herbatę i patrząc na pola ryżowe, palmy i pracujących ludzi w słomkowych kapeluszach. Czekamy z niecierpliwością na 18.30 – czyli koncert Kmerskiego Baletu Królewskiego. W murach Angkor Wat ponownie ożywają piękne apsary i pojawiła się sam książę. Czas cofa się i zatrzymuje na chwileczkę. Po koncercie przybliżamy się do sceny, by jeszcze raz z bliska popatrzeć na wspaniałe stroje tancerzy. I tak przez przypadek znajdujemy się na drodze księcia, następcy tronu Kambodży, który wita się z nami uprzejmie i składa nam życzenia wspaniałego Nowego Roku. Mamy nadzieję, że właśnie taki będzie.
Siedzimy na kolorowych indyjskich tkaninach w cieniu świątyni. Kryjemy się przed palącym południowym słońcem. Ja czytam „Dziewczynę z perłą” a Włodek jakiś kryminał. Nieopodal nas, młodzi mnisi w pomarańczowych szatach chłodzą się w wodzie. Jest południe i żar leje się z nieba. To już nasz ostatni dzień w Angkor Wat.

