Obiad z widokiem

Przyleciał helikopterem – podobno z Tybetu. Rozłożono dla niego stół i przykryto białym obrusem. Podano wspaniale pachnący obiad z czerwonym winem. Stoliczek ustawiono z widokiem na Mount Everest.

Grupka wędrowców ściśnięta w podszytej wiatrem chatynce spocona i zziajana wcinała, jak, co dzień ryż, jajka, ryż, jajka i na osłodę trochę ziemniaków. Popijaliśmy herbacianą lurę z termosów przemycanych z Chin starając się nie zwracać uwagi na kuszący zapach unoszący się nad stolikiem tajemniczego przybysza. Wykorzystując chwilę odpoczynku, przeglądałam przewodnik poszukując zdjęcia ptaka, którego udało mi się zobaczyć na szlaku. Według zdjęcia w przewodniku był to olśniak himalajski – narodowy symbol Nepalu. Podzieliłam się z Włodkiem tą wiadomością czytając na głos króciutki tekst zamieszczony w książce pod zdjęciem. Nasz tajemniczy przybysz nastawił czujnie ucha i łaskawie zwrócił się do mnie chwaląc zainteresowanie miejscową fauną:

„Tak, to jest to, co popieram. Świadome podróżowanie”.

Nie zdążyłam otworzyć ust, by mu cokolwiek odpowiedzieć, a on już rozpoczął swój monolog:

„Wpadłem tu tylko dosłownie na chwilę, tak miło jest zjeść obiad z widokiem na Mount Everest. Następnym razem muszę namówić żonę, żeby przyleciała ze mną. Tym razem nie dała się przekonać. Zaraz wracam do Tybetu, a potem pomyślę, czy wracać do domu, do Stanów, czy też odwiedzę jakieś ciekawe miejsce na świecie: może Angor Wat, a może wejdę na Kilimandżaro”

Na chwilę zamilkł i zlustrował mnie przenikliwie: „A twój tragarz, gdzie jest twój tragarz?”

Pokręciłam przecząco głową i powiedziałam, że sama niosę swój dobytek na plecach. Popatrzył na mnie z niedowierzaniem i zganił oburzony:

„Jak to, to ty nie wspierasz lokalnej gospodarki?|