Byliśmy może z pół godziny od mostu Kawaru, kiedy Włodek rzuca pytanie: To co skaczemy?
Aż się zapowietrzam z złości. Wygłaszam długą tyradę na temat tych, co skaczą. Że muszą sobie i innym coś udowodnić. Że to ludzie niedowartościowani i niepewni, którzy myślą, że w ten sposób robią coś niezwykłego, a to przecież totalna głupota. Niezdrowe, niebezpieczne, zupełnie bez sensu. Nadaję i nadaje, jak przysłowiowa nakręcona katarynka. Włodek milczy. Wściekły, ale już pogodzony z losem. W porządku, nie będziemy skakać. Potem na długi czas w samochodzie zapada długa i niezręczna cisza, a potem pojawia się most.
-No to co, skaczemy? – pytam się jak, gdyby nigdy nic.
Włodek spojrzał na mnie oniemiały.
-No skaczemy, czy nie? – powtarzam pytanie.
Włodek daje po hamulcach. No jasne, że skaczemy. Ale żeby skoczyć trzeba się najpierw zarejestrować, zważyć, zapłacić i odstać swoje w kolejce. Wykupujemy skok w parze. Zawsze to raźniej. Paru śmiałków mimo, że zapłaciło i odstało swoje w kolejce rezygnuje ze skoku widząc rozciągającą się przepaść. Niby to tylko 43 metry. Albo to aż 43 metry. Kiedy już stoimy ze związanymi kostkami na krawędzi, zamieram z przerażenia. Lecz teraz już nie ma odwrotu. Słyszę tylko 5, 4, 3, 2, 1, … i nie umiem powiedzieć, czy to my skoczyliśmy sami, czy uczynna ręka kogoś z obsługi pchnęła nas w przepaść. Tafla wody zaczyna się przybliżać z niewiarygodną prędkością. Najpierw głos zamiera mi w gardle z przerażenia, a w wąwozie roznosi się donośny bardziej ryk niż krzyk Włodka, a potem … a potem boleśnie napływająca krew do głowy podpowiada mi, że lecimy głową w dół. A potem cudowne uczucie, gdy sprężysta lina wyrzuca nas w górę i spoglądam na świat z błękitnego bezkresu. Podskakujemy tak na linie kilka razy. A potem nie wierząc, że już po wszystkim, wdrapujemy się oszołomieni po kamienistym brzegu rzeki do centrum obsługi skoków po zdjęcia. Ktoś nam po drodze gratuluje odwagi(?), ale dla mnie i tak wszystko jest jakby za mgłą i dochodzi bardzo, ale to bardzo z oddali.

