Jestem bliska histerii. Na samą myśl, że miałabym opuścić bezpieczne ściany taniego hoteliku w Varanasi cierpnie mi skóra. Koczujący rikszarze przed wejściem rzucają się na mnie, kiedy tylko jedna z moich stóp przekracza próg budynku. Każdy z nich chce wieźć mnie swoją rikszą w kierunku, w którym wcale nie chcę się udać. Kiedy wreszcie udaje mi się od nich opędzić, otaczają mnie zewsząd ręce dzieci, które szarpią mnie i moje ubrania, by dostać choćby cukierek. Okaleczeni i wychudzeni żebracy demonstrując swoje kalectwo głośno i agresywnie domagają się pieniędzy. Klucząc wśród wąskich uliczek starego miasta manewrując tak, by nie wejść w leżące na ziemi odchody ludzkie i zwierzęce, patrzę, jak czołgają się wśród nich pielgrzymi, by dotrzeć na brzeg świętej rzeki. Nie chcę wychodzić z hoteliku. Siedzę w ratanowym fotelu, smutno zapatrzona przed siebie dumając, jak ja te dwa miesiące w Indiach przeżyję. Z zamyślenia wyrywa mnie Azaf – samotnie wędrujący Izraelczyk – z wykształcenia prawnik, bo tak chcieli rodzice, a z wyboru aktor, bo zawsze o tym marzył.
„Boisz się tego, co jest na zewnątrz, prawda?”
W milczeniu potakuję głową.
„Nie martw się” mówi „to najtrudniejsze miejsce na świecie, gorzej już nie będzie.”

