Wykończeni najdłuższym w naszym życiu 21 godzinnym lotem z Bali (Indonezja) do Los Angeles ustawiamy się w przeogromnej kolejce do amerykańskiego urzędnika imigracyjnego. Wymięci, bladzi, ledwo kojarzący cokolwiek, na ostatnią chwilę wypełniamy karty wjazdowe do USA.
Docieramy do punktu: „miejsce pobytu”. Nie mamy pojęcia, co wpisać. W innych krajach, w tym miejscu wpisywaliśmy losowo wybrany z przewodnika adres hotelu. Przewodnika po Stanach nie mamy, więc … Może urzędnik nie zauważy, że nic nie wpisaliśmy.
Kiedy wreszcie nadchodzi nasza kolej, urzędnik przebiega wzrokiem po karcie wjazdu, spogląda na nas, na nasze ubrania zniszczone wielomiesięcznymi wędrówkami i tradycyjnym praniem na tarce i … Obawiamy się, że nadszedł chyba moment, by wymyślić jakąś zgrabną historyjkę o naszym prawdopodobnym miejscu pobytu w Stanach Zjednoczonych. Już otwieram usta, by powiedzieć cokolwiek, gdy on uśmiecha się i pyta:
– Sheraton. That’s where you are going to stay, right?
Poważnie przytakujemy głowami. On zaś starannie kaligrafuje na karcie wjazdu ‘Sheraton’ i z uśmiechem podaje nam paszporty dorzucając:
– Życzę miłego pobytu w Stanach Zjednoczonych.
