Mister, no problem

Tomas jest do bólu zorganizowany. Gdy widzę jego perfekcyjnie spakowany plecak, myślę że jest on idealnym odbiciem swojego właściciela – zero miejsca na improwizację i chaos. Wszystko jest przemyślane, ma swój czas i miejsce. Jesteśmy zatem niezmiernie zaskoczeni, gdy Tomas podczas pobytu w Chiang Mai podejmuje spontaniczną decyzję podróży razem z nami do Laosu. Nie byłoby to nic skomplikowanego, gdyby nie to, że potrzebna mu do tego wiza, którą może otrzymać wyłącznie w odległym o 700 km Bangkoku, a my wyruszamy w stronę granicy już następnego dnia.

Aaa, czyli na załatwienie wizy mam 36 godzin – szybko oblicza precyzyjny Tomas. Niezrażony przeciwnościami podejmuje wyzwanie i rusza w miasto w poszukiwaniu kogoś, kto by mu tę wizę załatwił. Wraca późnym wieczorem bardzo zadowolony i dumnie obwieszcza:

– Powiedzieli mi : Wiza do Laosu na pojutrze rano na granicy tajsko-laotańskiej, Mister, no problem. To się da załatwić. Zostawiłem im paszport, uiściłem podwójną opłatę, bo to niestety usługa typu ‘ekspres’. Pojutrze rano będzie na mnie paszport wraz z wbitą wizą czekał na granicy w Chiang Kong.

Nasze oczy robią się wielkości kamieni młyńskich a usta są szeroko otwarte ze zdumienia. Tomas oddał swój paszport w obce ręce! Niewiarygodne. I uwierzył, że mu tę wizę tak szybko załatwią. Idąc spać robimy zakłady, czy jeszcze kiedyś zobaczy swój paszport.

W Chiang Kong o świcie Tomas zrywa się jako pierwszy, leci po poranne zakupy, i woła od drzwi, że biegnie po swój paszport, i że spotkamy się na granicy.

Rzeczywiście czeka tam na nas z szelmowskim uśmiechem na twarzy.

– To co, przekraczamy granicę? – i dumnie wsiada do łodzi.