– Czy w ciągu ostatnich 30 dni byli państwo na farmie lub w lesie? – Czy przewożą państwo sprzęt biwakowy, żywność lub wyroby z drewna? Czy … ?
W skupieniu czytam pytania na formularzu otrzymanym od stewardessy. Dopadają mnie wątpliwości. Mam w podręcznym plecaczku kruche ciasteczka, śpiwór i pałeczki do jedzenia zrobione z drewna tekowego. A poza tym spędziliśmy sporo czasu włócząc się po górach, lasach i wyspach Azji Środkowo – Wschodniej. Na domiar złego, na samym dole formularza wytłuszczonym drukiem straszy mnie tekst:
“Zatajenie faktów podlega karze z mocy prawa, włącznie z karą więzienia”.
Po wylądowaniu w Auckland, mimo początkowych sprzeciwów Włodka, który uważa, że histeryzuję (co niestety, rzeczywiście, zdarza mi się) ostatecznie wymuszam na nim wybranie tak zwanej czerwonej linii (czyli dla osób mających towary do oclenia). Dodam, że jesteśmy jedynymi z całego samolotu, którzy idą w tym kierunku.
Znudzony urzędnik aż podskakuje z radości na nasz widok. Ogląda uważnie paszporty, każe przespacerować się po specjalnej macie dezynfekującej, rzuca okiem na herbatniki i pałeczki. Spogląda na nas z pobłażaniem, uśmiecha się i mówi: „przechodźcie!”. I już jesteśmy w Nowej Zelandii. Ot tak po prostu. Nie mogę uwierzyć. Z tyłu, za nami, na zielonej linii (nic do oclenia) nadal kłębi się tłum ludzi czekających w długich kolejkach do urzędników imigracyjnych. ‘Ah, więc to jest metoda na szybkie przekraczanie granicy’ – dochodzimy do wniosku.
Miesiąc później, wylatujemy z Nowej Zelandii do Australii. Tym razem świadomie pakujemy do naszego podręcznego bagażu po świeżej marchewce. Po wylądowaniu w Sydney, już bez najmniejszego wahania, wybieramy czerwoną linię. Urzędnik z trudem utrzymuje powagę na twarzy, gdy wyjmujemy nasze dwie marchewki i kładziemy je przed nim. Próbując nie parsknąć śmiechem obwieszcza:
– Niestety ze smutkiem informuję państwa, że nie można wwozić świeżych warzyw na teren Australii. Bardzo mi przykro, ale muszą się państwo rozstać ze swoimi marchewkami. Tu jest kosz. Czy mają państwo coś jeszcze do zadeklarowania?
Kręcimy głowami a marchewki głośno stukają o dno pustego kosza. I już jesteśmy w Australii. Za naszymi plecami pozostaje śmiejący się już teraz zupełnie otwarcie urzędnik i cała reszta samolotu.
