W wędrówkach po Azji Środkowo-Wschodniej Tajlandia jest dla nas krajem wypadowym zarówno do Kambodży jak i Laosu. Po prostu wtedy nie można było bezpośrednio przekroczyć granicy kambodżańsko-laotańskiej. Zatem nasz plan podróży wygląda następująco: Tajlandia – Kambodża – Tajlandia – Laos – Tajlandia. Niestety, jako że ubiegamy się o wizy poza granicami Polski, nie przysługuje nam wiza wielokrotnego przekraczania granicy. Nie brzmi to wcale aż tak strasznie, dopóki nie zrozumie się, że brak takiej wizy oznacza odwiedzenie tajskich ambasad w Kambodży i Laosie, stania w kolejkach, ponownego płacenia za wizy, konieczności czekania nie wiadomo, jak długo.
Właśnie, dlatego, że nie mamy ochoty zwiedzać większości ambasad Królestwa Tajlandii w Azji Środkowo – Wschodniej postanawiamy spróbować szczęścia w ambasadzie w Phnom- Phen, stolicy Kambodży. Zaczyna się pechowo. Adres ambasady znaleziony w książce telefonicznej okazuje się nieaktualny. Jak głosi wielki afisz na zabitych dechami drzwiach, ambasadę Tajlandii dopiero co przeniesiono do nowego pięknego budynku, tyle tylko, że jest on na drugim końcu miasta.
Niezrażeni ruszamy w drogę obmyślając strategię uzyskania wiz. Decydujemy zachowywać się, jak miejscowi, czyli, bez podnoszenia głosu z uprzejmym uśmiechem na twarzy uporczywie prosić o to, co chcemy dostać. Metodę te odkrywamy zupełnie przypadkowo w Bangkoku, gdzie, ku naszemu zdziwieniu, zauważamy, że nawet minimalnie podniesiony i poirytowany głos przynosi opłakane skutki. Najczęściej kończy się to absolutną ignorancją naszej obecności i niemożnością załatwienia czegokolwiek. Natomiast, spokojny głos, uśmiech na twarzy i stoicka cierpliwość przynoszą upragnione zwycięstwo w pozornie nieprawdopodobnych sytuacjach.
Owszem, spędzamy sporo czasu w ambasadzie Tajlandii w Phnom-Phen. Owszem, odwiedzamy tam niezliczoną ilość pokoi. Owszem, musimy wykazać się nieziemską jak na nas cierpliwością. Jednak, gdy opuszczamy ambasadę, w naszych paszportach widnieją wizy wielokrotnego przekraczania granicy!
