Jaszczury i jaszczurki

Przed nami typowa dla australijskiego outback’u droga: prosta i ciągnąca się aż po horyzont. Mimo lejącego się żaru z nieba nie używamy klimatyzacji. Wystarczają nam szeroko otwarte okna w samochodzie.

Mój wzrok niemalże centymetr po centymetrze przeczesuje krajobraz. Nagle widzę to COŚ. Z wrażenia aż się zapowietrzam. Z trudem wykrztuszam z siebie: Zatrzymaj, …, zatrzymaj, za…

Włodek zatrzymuje gwałtownie samochód.

„Co ci się stało?”

A ja nadal z wrażenia mam trudności z mówieniem. Po chwili udaje mi się wyjęczeć: „Ttt…am” i wyciągam rękę, by pokazać to COŚ.

A nieopodal, olbrzymi, przedpotopowy potwór stoi bez ruchu przyglądając nam się w skupieniu.

Włodek bez słowa łapie aparat fotograficzny i pędzi w jego stronę. Ja za nim zastanawiając się, co to za zwierzę i czy nie jest niebezpieczne.

W milczeniu mierzymy się wzrokiem. Jaszczur wysuwa kilkakrotnie język i powolutku, bardzo ostrożnie zaczyna się wycofywać w kierunku plątaniny krzaków i znika.

Później dość często spotykamy kręcące się przy śmietnikach kempingowych na wpół oswojone z widokiem ludzkim iguany. Trzymają się w grupach, są dużo mniejsze i nie robią już na nas takiego wrażenia jak ten samotny olbrzym, na czerwonym pustkowiu Australii.