Tygrys

W Kipplingowskiej dżungli, Parku Narodowego Kanha, jesteśmy o świcie. Trochę jeszcze zaspani i okutani we wszystko, co tylko możliwe szczękając zębami z zimna pakujemy się do rozklekotanej terenówki. U bram parku dołącza do nas strażnik tak samo zziębnięty i zaspany jak my. Wydaje mi się, że burknął pod nosem dzień dobry, ale nie jestem pewna. Przede wszystkim zajmuje się swoim radiotelefonem, który wydaje z siebie jedynie nieprzyjemne trzaski. Kluczymy po drogach parku wyglądając tropów tygrysa. Jest parę odcisków łap, ale mimo, że kręcimy głowami we wszystkie strony i wpatrujemy się czujnie w plątaninę chaszczy, nigdzie nie widać ich właściciela. Nagle radiotelefon przestaje wydawać z siebie niezrozumiałe odgłosy i jest jakiś komunikat. Spoglądamy pytająco na strażnika.

„Tygrys, jest tygrys!” wykrzykuje, wreszcie rozbudzony.

O ile do tej pory nasz pojazd toczył się wolniusieńko po wyboistych drogach parku, to teraz nasz kierowca dodaje gazu i pędzi jak szalony. Po dotarciu na miejsce, okazuje się, że nie jesteśmy jedynymi, którzy odebrali komunikat przez radiotelefon. Musimy się ustawić w kolejce na ‘widzenie’ z panem dżungli. Czekamy bardzo długo. W tym czasie kolejni turyści mozolnie wdrapują się po drabince na grzbiet słonia i ruszają na spotkanie z tygrysem.

„Dlaczego on nie ucieka?” – zaintrygowana pytam strażnika.

„Otoczyliśmy go słoniami. Nie może uciec. Zawsze tak robimy” – odpowiada.

„ Zawsze?”

„ No tak. Codziennie, o świcie strażnicy parku ruszają na poszukiwanie tygrysa i kiedy go wreszcie namierzą otaczają go słoniami, by nie uciekł. Następnie przez radiotelefon informują innych strażników o położeniu zwierzęcia i czekają, aż pojawią się samochody z turystami. W ten sposób każdy zobaczy tygrysa na wolności, tak jak to obiecujemy.” kończy z dumą.

Rzeczywiście – przypominam sobie – obiecywano nam, że w cenie wyprawy będzie tygrys na wolności, a jak nie to zwrócą nam za bilety, tylko…

Nie za bardzo mam czas, by kontynuować swoją myśl, bo właśnie nadchodzi nasza kolej, by wdrapać się na słonia.

Słoń powoli, kołysząc się dostojnie wędruje w kierunku wysokich traw. Staje dosłownie w odległości 5 m od drapieżnika. Tygrys leży spokojnie, nie rusza się, nie okazuje żadnego zdenerwowania czy rozdrażnienia, tak jakby ani nas ani słonia tam nie było. W ciszy słychać tylko trzaski spuszczanych migawek. Też podnoszę mój rozklekotany aparacik (z serii idiot camera) do oka. Przez rozbity wizjer mojego aparaciku spoglądam w oczy olbrzymiego kota. Są puste i nieobecne. I nagle przechodzi mi ochota na robienie zdjęć. Raczej z poczucia obowiązku niż prawdziwej chęci naciskam przycisk na aparacie.

Resztę dnia spędzamy już bez tłumu pozostałych samochodów. Strażnik naprawdę się stara. Omijając główne szlaki, napotykamy mnóstwo małp, gazelo- i jelenio-podobnych stworzeń, jakiegoś dalekiego kuzyna naszego rodzimego żubra i nawet lamparta. W którymś momencie ponownie widzimy świeże ślady tygrysa. Kierowca zwalnia a my z przejęciem śledzimy wzrokiem trop zwierzęcia. Niestety po jakimś czasie ślady skręcają z drogi i znikają w gęstwinie chaszczy. Strażnik spoglada na zegarek. Na jego czole pojawiają się kropelki potu.

„Co się stało?”

„Na bramie wyjazdowej z parku nie będziemy prędzej niż za godzinę, a już przekroczyliśmy godzinę wyjazdu. Mogę mieć poważne kłopoty”. W nerwowym milczeniu dojeżdżamy do bram parku. Żegnamy się szybko z naszym strażnikiem mając nadzieję, że mimo wszystko nie będzie miał zbyt wielu problemów. W drodze powrotnej o czymś tam sobie rozmawiamy z naszym kierowcą, kiedy nagle… On gwałtownie zatrzymuje samochód. Spoglądamy na niego zaskoczeni nie rozumiejąc, co się dzieje. On zaś wskakuje na siedzenie samochodu, wskazuje ręką na małpy i wykrzykuje podekscytowany:

„Patrzcie na nie, patrzcie tam gdzie one patrzą, słuchajcie ich, to alarm call!”

Patrzymy na małpy. Wszystkie są wpatrzone tylko w jedną stronę a niektóre z nich wydają z siebie jakieś dziwne, nerwowe dźwięki. Jakby krzyczały ostrzegając przed nadciągającym niebezpieczeństwem. I nagle zapada przerażająca cisza. Zupełnie jakby ktoś zatrzymał całą dżunglę. Nasz wzrok wędruje za wzrokiem małp. I widzimy go. Płynnym ruchem przemierza łąkę przed nami. Jest w nim niewiarygodne piękno i siła, Jak zahipnotyzowani podążamy za nim wzrokiem, aż znika wśród drzew. I wtedy jakby ktoś zdjął zaklęcie z dżungli i wszystko wraca do życia.