W Tuluz na półwyspie Yukatan jestem w paskudnym humorze. No i oczywiście wtedy wszystko jest nie tak. A to tukan załatwia się na moim krześle, a to podszyta wiatrem cabana ma nie tylko dziurawy dach ale i ściany, w związku z czym nasze łóżko jest pełne piachu z pobliskiej plaży. Na domiar złego w lokalnej i jedynej zresztą w promieniu 20 km knajpce nie ma czarnej herbaty! W dodatku z tego odludnego miejsca nie można się łatwo wydostać.
Żeby mnie trochę uspokoić, Włodek proponuje na spacer wzdłuż morza. Bosymi stopami rozbijamy fale morskie. Od razu czujemy się lepiej. Nie wiadomo skąd i jak przyłącza się do nas jakiś mały piesek. Wyraźnie chyba zaczyna sobie wyobrażać, że jesteśmy jego właścicielami i dzielnie drepcze za nami.
Zaczyna powolutku zmierzchać. Przystajemy na chwilę, by popatrzyć na bezkresną, bielusieńką plażę i palmy targane wiatrem, gdy nagle nasz piesek przestaje się nami interesować. Podlatuje do olbrzymiego głazu i na niego ze złością szczeka. Parskamy śmiechem: „ Spójrz, jaki głupiutki psiak!. Szczeka na głaz. Coś mu się w tej malutkiej główce pomieszało!”
A nagle głaz rusza w stronę wody. Ma głowę, cztery olbrzymie łapy, ogon i potężną skorupę. Największy żółw, jakiegokolwiek widzieliśmy. Na piasku porusza się dość ociężale, ale kiedy dociera do wody olbrzymie łapy nadają mu wielką prędkość. Stoimy na plaży z szeroko otwartymi buziami ciągle nie mogąc uwierzyć, że widzieliśmy takiego olbrzyma i że staliśmy zaledwie parę metrów od niego.
