W Bombaju łapiemy taksówkę na stację kolejową. Drogę dobrze znamy. Nie raz ją już przemierzyliśmy zarówno pieszo jak i różnego rodzaju pojazdami. Przezornie wybieramy taksówkę z działającym licznikiem i ruszamy. Jednak ku naszemu oburzeniu, wcale nie tam, gdzie chcemy.
– Hej! To nie jest droga na stację! Powinieneś skręcić w poprzednią przecznicę!
– Nie, nie. Ta droga dobra, tamta zamknięta – zapewnia taksówkarz. A licznik nabija kolejne rupie.
– Jak to zamknięta?. Jechaliśmy nią parę godzin temu i nie była zamknięta – protestujemy.
– Zamknięta – upiera się taksówkarz i coraz bardziej oddalamy się od stacji, a na liczniku widnieje coraz to większa kwota do zapłacenia.
Czujemy się zupełnie bezradni. Siedzimy w taksówce, która wiezie nas w przeciwnym kierunku do zamierzonego, a taksówkarz zapiera się, że wszystko jest w porządku. Dosłownie dusimy się z bezsilnej złości. I nagle przychodzi mi do głowy dość dziwny pomysł:
– Słuchaj! Nas możesz oszukać i wieźć okrężną drogą. Ale twój Bóg to widzi i któregoś dnia przyjdzie ci za to słono zapłacić. – spokojnym tonem zwracam się do taksówkarza.
Wydaje się, że kierowca nawet tego nie słyszy. Nawet się nie odzywa, ale ku naszemu wielkiemu zdziwieniu zawraca samochód i zawozi najkrótszą możliwą drogą na stację. Za przejazd kasuje jedynie 15 rupii, czyli tyle, ile powinniśmy zapłacić, gdyby od razu nas wiózł prosto na stację.

