Nad rzeką Irawadi jest równina – a na niej tysiące świątyń i klasztorów. Ich wieże unoszą się nad płaskowyżem, gdzie okiem sięgnąć. Każda wycieczka tu zawita.
Stąd też zadziwiająco dużo tu jak na Birmę handlarzy pamiątek i miejscowej młodzieży zafascynowanej „kulturą” Zachodu. Dziewczyny z zachwytem przyglądają się moim pomalowanym na czerwono paznokciom u stóp i dopytują się, czy mam może lakier przy sobie, bo one z chęcią wymieniłyby go na jakąś rzeźbę, malunek czy lakowe pudełko. No cóż nie podróżuję z lakierem, ale mam pomadkę do ust, która wzbudza wielki zachwyt i pytania, czy przypadkowo nie mam takich więcej. Oddaję tę jedną jedyną, którą mam. Ktoś wciska mi do ręki bransoletki i drewnianą żabę. Myślę, że gdyby mogli rozebraliby mnie do naga. A mimo to, wśród tego zgiełku, targowania się i przepychania, przed posagami Buddy modlą się skupieni ludzie zupełnie nie zwracając uwagi na świat na zewnątrz.
Oddalając się od głównych świątyń, przemierzając piaszczyste drogi wśród kolczastych krzewów, docieramy rowerami do świątyń zapomnianych przez wszystkich. Malowidła na ich ścianach już dawno zniszczył czas i deszcze, wśród ścian popękanych przez kolejne trzęsienia ziemi hula wiatr, a mimo to, ku naszemu zdziwieniu, gdzieniegdzie przed rozpadającym się posągiem Buddy dostrzegamy resztki kadzidełka i zwiędnięte kwiaty. A więc jednak ktoś o tych miejscach pamięta.
Szwendamy się bez jakiegoś specjalnego planu, napotykając czasami stada kóz i błąkające się krowy. W którejś ze świątyń spotykamy staruszka. Zaciąga nas na górne piętro prowadząc tajemniczymi, wąskimi i ciemnymi korytarzami. Z dumą pokazuje nam ciekawą akustykę budynku. Słowo wyszeptane na dole słychać doskonale u góry. Kiedy plecak Włodka utyka w wąskim gardle przejścia nasz nowy „przyjaciel” dosłownie zalewa się łzami ze śmiechu.
Mijamy ubożuchne i urokliwe wioski, pasterzy i uśmiechnięte dzieciaki. Tak naprawdę to wszyscy się uśmiechają, nie tylko dzieci. Jednocześnie, gdy tylko zbliżamy się do bardziej uczęszczanego szlaku, musimy ustępować drogi autokarom pełnych Japończyków. Na tak. Zbliża się zachód słońca. Za chwilę świątynię oblepią turyści wszystkich kolorów skóry wyposażeni w aparaty z pokaźnymi obiektywami. Zdjęcia z pewnością będą niesamowite. Wśród nich, niczym głazów, torują sobie drogę pielgrzymi monotonnym głosem nucąc modlitwy. Oni żyją w zupełnie innym świecie. Dla nich zdjęcia są nieistotne.
O świcie historia się powtórzy, tylko na innej już świątyni. Wtedy też nad Baganem wzniosą się kolorowe balony, a w nich turyści z zachwytem wypisanym na twarzy. Te balony narysują na odwrocie pocztówek najmłodsi handlowcy świątynni, by móc je sprzedać z trochę większym zyskiem.
Nad rzeką Irawadi jest równina – a na niej tysiące świątyń i klasztorów. Ich wieże unoszą się nad płaskowyżem, gdzie okiem sięgnąć. Każda wycieczka tu zawita.
