Kanał Panamski – od Pacyfiku do Atlantyku

Prawie, że nie zdążamy na autobus – nie zadziałał budzik. Przez głowę przelatuje mi myśl: A więc po to lecieliśmy przez połowę świata, żeby popłynąć Kanałem Panamskim, i najzwyczajniej w świecie zaspać! Na szczęście tylko prawie nie zdążamy na autobus. Po drodze w pędzie w jakimś sklepiku kupuję dezodorant, a w hotelu, z którego odbiera nas inny autobus mam nawet jeszcze chwilkę, aby umyć zęby.

Ale wreszcie płyniemy. Przepływamy obok zielonych wzgórz i wzniesień, które za kilka miesięcy znikną wysadzone w powietrze. Praca nad kanałem nadal trwa. Panama nie ma innego wyjścia. Konkurencja tylko czyha – jeżeli ruch na kanale zostanie sparaliżowany, natychmiast przejmie inicjatywę – chociażby amerykańskie koleje transportujące towary między wybrzeżami Pacyfiku i Atlantyku. Kłopotu mogą też narobić topniejące lody północy, które mogą otworzyć niedostępny dotychczas przesmyk przez Morze Baffina i wody na północ od Kanady. W 1999 roku Panama przejąwszy kanał z rąk Amerykanów otrzymała niezwykłe, ale bardzo trudne dziedzictwo.

Kanał, by nadal mógł spełniać swoją rolę, to znaczy przynosić pieniądze (przeciętna jednostka płaci około 50 tysięcy dolarów zaś te największe aż do 300 tysięcy dolarów) musi być nieustannie pogłębiany i poszerzany. Będą zbudowane nowe śluzy. Zostanie podniesiony poziom wody w sztucznym jeziorze. Będzie to kosztowało majątek. Podobno prawie 6 miliardów dolarów. Trzymać kciuki, byleby nie było następnej afery panamskiej. Nasza maleńka jednostka przepływa obok olbrzymich kontenerowców. W Miraflores pochłonięci otwieraniem i zamykaniem potężnych wrót śluz i opadaniem lustra wody o 8 m nawet nie zauważamy pierwszych kropel deszczu. Ktoś dotyka mojej ręki. Spójrz! Od strony Pacyfiku nadciąga potężna tropikalna ulewa. Widać, jak sunie po wodzie w naszą stronę. Ulewa jak szybko przychodzi, tak i odchodzi. Płyniemy dalej podziwiając sprawność pracowników śluz, którzy bez względu na pogodę wykonują swoja pracę bezbłędnie. Czas mija błyskawicznie. Przepływamy pod mostem łączącym Ameryki i przed nami rozciąga się Pacyfik.

———

Kiedy miasto Panama znika za nami, a samochodów jest coraz mniej, czuję dreszczyk emocji. Dookoła jest coraz więcej zieleni. Piękna ta zieleń. Niezwykle dorodna. Lecz ta dla mnie piękna zieleń dżungli oglądana z okna klimatyzowanego samochodu, który mknie po gładkiej asfaltowej szosie, okazała się krwiożercza i zabójcza dla Francuzów, którzy rozpoczęli budowę kanału. Z powodu malarii i innych chorób tropikalnych zginęło ich tutaj ponad 25 tysięcy. Właśnie mijamy cmentarz francuski z lat 1880-89. Na zielonym pagórku, którego podnóże tkwi w bagnistej, mętnej wodzie, w szeregach stoją niewielkie białe krzyże. Nie ma na nich tablic z nazwiskami, tylko numery. Zaledwie kilka nagrobków, na których widnieją zamazane nazwiska. Cisza i spokój, które od czasu do czasu przerywane są hałasem przejeżdżającej ciężarówki.

Jedziemy dalej zapominając o pocie i niepowodzeniach Francuzów, myślami będąc już przy Amerykanach. Mijamy właśnie opuszczone osiedla amerykańskie. Dziwny i smutny to widok. Jakże inny od dawnych amerykańskich koszar w dzielnicy Albrook w Panama City. Tam białe i schludne budynki ustawione równo przy uliczkach obsadzonych palmami pozamieniano w urzędowe budynki. Tu zaś domy bez nowych właścicieli rozpadają się i powoli pochłania je dżungla.

Oznakowanie drogi nie jest najlepsze, a nasza mapa z wypożyczalni jedynie poglądowa, więc zanim udaje się nam dotrzeć do śluz Gatun trochę się plączemy po bezdrożach. Po przybyciu na miejsce długo przyglądamy się statkom jak przechodzą przez śluzy obniżając lub wznosząc się o 26m. Niektóre jednostki są tak wielkie, że trudno uwierzyć, że mieszczą się w 33,5 metrowych śluzach.

Jedziemy dalej, chcielibyśmy jeszcze obejrzeć szesnastowieczny fort San Lorenzo. Po minięciu kolejnego miasta duchów drogę zagradza nam szlaban parku narodowego i strażnik.

– Miejscowi 2,5$ za osobę, obcokrajowcy 5$

– A to my poprosimy te dla miejscowych.

– Dla miejscowych?

Strażnik kiwa z rozbawieniem głową: Niech wam będzie.

Wyboista asfaltowa droga prowadzi nas w górę do fortu walijskiego pirata. Piękne znalazł sobie miejsce, świetny punkt obserwacyjny: na skraju dżungli, u ujścia rzeki Chagres do Atlantyku. Może ze względu na porę – już jest zachód – miejsce jest opustoszałe. Włóczymy się po ruinach jedynie w towarzystwie padlinożernych ptaków i odkrywamy w trawie stare zardzewiałe armaty. Wyobrażamy sobie, jak to piraci w służbie angielskich królów łupili hiszpańskie statki i penetrowali drogą wodną ląd docierając aż na drugi brzeg kontynentu rabując, co i kogo się dało.

Na nas już czas, słońce jest coraz niżej. Jeszcze raz spoglądamy na Atlantyk. Jest dziś bardzo spokojny.