Trafiliśmy tam dzięki dyni. A tak naprawdę melonowi. A było to tak.
Gdzieś w drodze postanowiliśmy uzupełnić zapasy świeżych warzyw i owoców. Przy drodze stała babulinka z arbuzami. Kupiłam arbuzy, a ona zaczęła mi wciskać jakąś dynię. „Bieri dyniu” – upierała się – „Bieri.”
– Jaką dynię! Po co mi dynia w samochodzie, w którym mam palnik na jeden garnek i gazu akurat na tyle, by podgrzać na wpół gotowe danie i ugotować wodę na herbatę lub kawę. Ale ona się zapierała i w końcu dała mi tę dynię jako gratis. No i okazało się, że dynia to po ukraińsku melon.
Tym melonem później obłaskawiłam rozzłoszczonych lokalnych przewodników i przewoźników w skalnym mieście w Mangup-Kale. Najpierw burczeli, że im pracę odbieramy sami wjeżdżając samochodami i nie korzystając z ich usług, ale potem, to znaczy po „dyni”, wszystko się zmieniło. I to właśnie jeden z nich, rdzenny mieszkaniec Eupatorii, gdy wspomnieliśmy mu, że chcemy pojechać do jego rodzinnego miasta powiedział:
– Eupatoria, tak, tak, oczywiście ciekawe miasto, ale odpuśćcie je sobie. Jedźcie na półwysep Tarchankut. Tam, na pewno wam się spodoba. Macie takie samochody, że bez problemu przemierzycie półwysep wzdłuż i wszerz, a uwierzcie mi, zobaczycie niezwykłe rzeczy.
Miał rację. Półwysep oddzielony od pozostałej części Krymu jeziorem Donuzław jest ostoją spokoju i ciszy, przerywanej tylko wściekłym wyciem wiatru, który niczym nie powstrzymywany hula bezkarnie. Jechaliśmy na przełaj, przez step mijając jedynie pasące się konie, by dotrzeć na wybrzeże. Konie z zainteresowaniem podnosiły głowy przyglądając się nieoczekiwanym przybyszom.
Gdy wreszcie dotarliśmy do celu naszym oczom ukazały się wysokie śnieżnobiałe klify, świecące jak ogień w słońcu. Zrozumieliśmy, dlaczego, ten skrawek wybrzeża otrzymał nazwę Atliesz – to słowo pochodzące z perskiego oznacza ogień. Niezwykłe było to miejsce – pełne klifów, zatoczek, jaskiń, po których można by włóczyć się bez końca. Niesamowite wrażenie zrobił na nas długi prawie na 100 m tunel, którym można przepłynąć z jednej strony klifu na drugą. Woda zadziwiała przejrzystością i barwą.
W pobliżu najbardziej wysuniętej na zachód części półwyspu znajduje się miejsce zwane Dżangul – czyli po turecku ‘jezioro duszy’. Tu wapienne skały osadzone są na glinie wypłukiwanej przez wodę morską. W wyniku erozji powstają wielkie i spektakularne osuwiska. Staliśmy na krawędzi największego z nich. Klif wysoki na 35m, długi na 500m i szeroki na 200 runął w morze kilkadziesiąt lat temu. Zastanawialiśmy się, jak mocno zadrżała ziemia i jak potężny huk rozdarł wtedy powietrze. Podziwialiśmy nadmorską dolinę usianą samotnymi skałami i grotami mając nadzieję, że dziś ziemia nie usunie nam się spod nóg. Byliśmy zupełnie sami, wiatr szarpał nas za ubrania, a wrak statku obijający się o skały potęgował atmosferę grozy i tajemniczości.
