Pijemy poranną herbatę na tarasie jednej z wielu ‘top-roof’ restauracyjek w pobliżu mauzoleum Taj Majal, targani różnymi myślami. I to wcale nie typu, że budowa tego miejsca okupiona jest krwią, że obca jest rdzennej kulturze itd. Po prostu, w dniu, w którym wjechaliśmy do Indii, rząd Indii zmienił ceny biletów wstępu do wszystkich obiektów historycznych dla obcokrajowców. Z 10 rupii za wstęp do Taj Mahal (wówczas około 30 amerykańskich centów) robi się nagle 21 dolarów. Turyści piszą niezliczone petycje i w ramach protestu decydują się na bojkot muzeów. A my …
Siedzimy popijając przyjemnie rozgrzewającą herbatę patrząc jak z porannych mgieł powoli wyłania się kopuła grobowca oświetlana promieniami wschodzącego słońca. Wchodzić, czy nie? Być ‘łamistrajkiem’ czy nie? Przejechać taki kawał świata i nie wejść? Niech zdecyduje moneta. Orzeł: wchodzimy, reszka: nie.
Los wyrzuca dla nas orła. Widok odbijającej się w wodzie sylwetki białego mauzoleum powoduje, że cała złość na rząd Indii mija nam bardzo szybko. Zafascynowana przyglądam się koronkowo rzeźbionym marmurom grobowca inkrustowanego półszlachetnymi i szlachetnymi kamieniami. Wzrok powoli rozróżnia szafiry, turkusy, rubiny i lapis lazuli. Wzory kwiatów mieszają się z islamskimi inskrypcjami. Mimo przepychu i nagromadzonego bogactwa Taj Mahal uderza elegancją i spokojem. Dobrze, iż nie zrealizowano pomysłu pewnego bardzo pomysłowego brytyjskiego lorda, by rozebrać świątynię na materiały wtórne i korzystnie sprzedać w Londynie i dobrze, że los dla nas wyrzucił orła.

