Tikal

Dżungla była niesamowita: zielona, soczysta i mglista. Dopiero budziła się ze snu, powoli strząsając z siebie powłóczyste mgiełki. Niemalże potknęłam się o chybotliwą tabliczkę z napisem: Peligroso – cocodrillos. Odgłosy nieznanych nam ptaków wibrowały w powietrzu, a z gęstwiny wyskoczył mały, wystraszony lisko-podobny stworek.

Jeszcze nie do końca rozbudzeni dreptaliśmy ledwie widoczną ścieżyną wśród plątaniny lian, krzewów i drzew, gdy nagle zmroziło nam krew w żyłach upiorne wycie. Najpierw aż przystanęliśmy z wrażenia, a potem bez namysłu przedarliśmy się przez gęstwinę, by dojrzeć sprawców potępieńczego wycia. Okazały się nimi być czarne małpy baraszkujące w koronach drzew.

Gdy Włodek próbował zrobić zdjęcie, ja pokornie wysłuchałam reprymendy żołnierzy, którzy ruszyli w dżunglę za nami i obsztorcowali za nieodpowiedzialne oddalenie się od wyznaczonego szlaku. W parku historycznym nadal wyczuwało się napięcie związane z ostatnim napadem na grupę turystów, w którym to niestety parę osób zostało rannych, a przewodnik stracił życie. Liczba zwiedzających gwałtownie zmalała, a zanurzone w dżungli miasto Majów wypełniło się wysłanym przez władze wojskiem. To, że park opustoszał wcale nam nie przeszkadzało, nawet było nam na rękę, lecz musieliśmy pogodzić się z obecnością żołnierzy towarzyszącymi nam jak cienie.

Potulnie wróciliśmy na ścieżkę i powędrowaliśmy w kierunku Północnego Akropolu. Nie zrobił na mnie porażającego wrażenia. Może moje oczekiwania były zbyt wielkie. Może moja wyobraźnia stworzyła niedościgniony obraz, a zderzenie z nim rzeczywistości przyniosło mi tylko rozczarowanie. Próbowałam pobudzić wyobraźnię i spojrzeć na Grand Plaza oczyma hiszpańskich misjonarzy, którzy ponownie odkryli Tikal dla świata pod koniec XVII wieku – i nic mi z tego nie wychodziło, zwłaszcza, że moją uwagę skutecznie rozpraszał ciekawski lemuro-podobny stworek, który dreptał za mną jak psiak pewnie się łudząc, że coś mu tam skapnie do jedzenia.

W coraz to większym upale wspinaliśmy się na 46 metrów Świątyni Wielkiego Jaguara pokonując stopnie wysokości naszych kolan, a ja syczałam ze złości pod nosem, że Majowie nie mieli najmniejszego pojęcia o ergonomii schodów.

Słońce wędrowało po niebie a wraz z nim upał stopniowo stawał się coraz trudniejszy do wytrzymania. Spoceni, powoli, noga za nogą, przemierzaliśmy ruiny Akropolu, które pewnie niegdyś był otoczony pięknymi pałacami, łaźniami i zdobnymi dziedzińcami. Niestety nawet z tak trwałym materiałem jak kamień czas i dżungla nie obeszły się łaskawie. Przyglądaliśmy się zmurszałym stelom pokrytym rysunkami, płaskorzeźbami i tajemniczymi inskrypcjami.

Tuż przed zachodem słońca ruszyliśmy w kierunku najwyższej piramidy, zwanej Świątynią Dwugłowego Węża. Oddalaliśmy się od Akropolu ścieżką wiodącą przez dżunglę. Po jakimś czasie ścieżka przeszła w drewniane już współcześnie zbudowane, bardzo wygodne schodki wiodące na szczyt piramidy. Odkryliśmy nagle ze zdumieniem, że nasze cienie – żołnierze – zniknęli. Może już im się znudziła całodzienna wędrówka za nami, a może nie mieli ochoty wspinać się na 65 metrową piramidę. A może najzwyczajniej w świecie skończyła się ich służba i poszli do domu na obiad.

Samotnie wędrowaliśmy na szczyt piramidy, który zwieńczały ruiny niewielkiej świątyni. Zmęczona, usiadłam na rozgrzanych przez słońce kamieniach, oparłam się plecami o mury świątyni i spojrzałam przed siebie. I stało się coś przedziwnego. Przede mną rozciągała się zielona i nieprzenikniona dżungla, z której wynurzały się kamienne wierzchołki piramid opromienione ciepłym światłem zachodzącego słońca. Patrzyłam na nie jak zahipnotyzowana. Już nie musiałam nic sobie wyobrażać. Nieistotne było to, co na temat miasta Majów przeczytałam, co mi opowiadano i czego teoretycznie można byłoby się dowiedzieć z nieodszyfrowanych jeszcze steli. Tuż przede mną, dosłownie na wyciągnięcie dłoni, roztaczało się przejmujące piękno i urok tego miejsca.