Na rynku Masajów nie wypada mi odmówić lokalnego trunku z krowiego mleka, sfermentowanych bananów i jeden Bóg wie, czego jeszcze. Sytuacja i tak jest napięta. Jesteśmy jedynymi białymi szwendającymi się i robiącymi zdjęcia wśród coraz bardziej zdenerwowanych i niezadowolonych miejscowych.
Biorę brudny kubek (jedyny jaki tam był i zapewne służący wszystkim spragnionym na rynku) z dłoni Masaja i z uśmiechem, mam nadzieję, że dość szczerym, choć za nic w świecie nie chcę tego świństwa pić, piję wszystko duszkiem. Potem rozpaczliwie piję whisky tak długo, że towarzyszący mi Włodek i Mariusz są zaniepokojeni pochłanianymi przeze mnie ilościami trunku. Spoglądam na nich na wpół przytomna:
„No, co, lepiej jest być pijanym niż chorym.”
