Siedzę pod prysznicem i płaczę ze szczęścia. Gorąca woda w nieograniczonej ilości spływa po mnie spłukując siedmiodniowy brud, a ja rozkoszuję się każdą kroplą.
Byłam jak ten dinozaur na wymarciu. Po przybyciu na miejsce noclegu zamiast jak inni paść i zbierać siły na kolejny dzień trekkingu w Himalajach, ja ostatkami sił domagałam się miski z gorącą wodą. Myłam się, zawzięcie prałam skarpetki i bieliznę. Nawet, kiedy już odmawiano mi wody do prania, leciałam do pobliskiego strumyka i w lodowatej wodzie nadal prałam. Odpuściłam sobie dopiero w Pangboche, na wysokości prawie 4000 metrów. Były ku temu dwie przyczyny. Pierwsza to reakcja towarzyszy wędrowców na moje wyprane w pobliskim strumieniu skarpetki. Kiedy zawiesiłam je, wszyscy z lubością zaciągnęli się zapachem proszku do prania. Jeden z zarośniętych wędrowców powiedział lekko rozmarzony: proszek do prania, kiedy to ostatnio czułem ten wspaniały zapach?
Druga była zupełnie prozaiczna: po prostu dalej nie było już wody ponad tą do picia. I tak wędrowaliśmy przed siebie, wspinając się coraz wyżej, nie zmieniając ubrań, nie myjąc się, zapachem wtapiając się w wędrujące i miejscowe otoczenie. Weszliśmy na Kalapatar, przedarliśmy się przełęcz Cho-la, dotarliśmy do Gokyo i siedem dni później ponownie jesteśmy w Kjumjung, pod gorącym prysznicem.
