Stary szlak himalajskim wiodącym do Jiri. Nasza droga w dół. Pokonujemy kolejne przełęcze i doliny wędrując wśród gęstej i wilgotnej dżungli. W przydrożnej chacie, gdzie zatrzymujemy się na krótki odpoczynek, dostrzegamy puszkę z owocami. Zaświeciły się nam oczy. Owoce! Po ponad dwutygodniowej diecie składającej się z jajek, ziemniaków i ryżu w dowolnych wariantach, to jest coś. No i przede wszystkim w puszce, czyli bezpieczne. Jakoś nie przychodzi nam do głowy sprawdzenie daty ważności – a przecież ta puszka równie dobrze mogła być pozostałością po pierwszej wyprawie Sir Hillary’ego.
Chwilę później z wielkim apetytem rzucamy się na zawartość puszki. Co za rozkosz dla podniebienia! No może owoce trochę sfermentowane, ale co tam. Na skraju wioski wpadamy na handlarzy coca-colą. Upał straszny, wiec bez wahania wypijamy duszkiem po butelce. Mija dosłownie chwila, gdy Włodek nagle blednie i mówi:
„Zaraz zemdleję.”
Siadamy. Włodek zrzuca plecak, pada na ziemię i leży bez ruchu. Tymczasem i ja czuję dziwne zawroty głowy, które na szczęście po chwili mijają. Musimy ruszać w drogęRuszyliśmy w drogę. Po jakiejś pół godzinie rozgrywa się się nasz malutki dramat. Nie zliczę, ile razy biegamy w krzaki, zrzucając plecak i równocześnie ściągając spodnie. Nie pamiętam, ile razy wymiotujemy. Pocimy się, słaniamy się na nogach, świat wiruje wokół nas. Mam ochotę położyć się na środku ścieżki i już tam zostać. Już dawno skończyła nam się woda, a świadomość, że na szlaku nie ma żadnej wioseczki aż do Nuntali dobija mnie.
Jestem tak odwodniona, że każdy krok wydaje się mi tym ostatnim, że już kolejnego nie dam rady zrobić. Gdzie u licha jest ta cała Nuntala! I nagle z lasu wyłania się człowiek. Miejscowy tragarz. Zbawienie. On będzie coś wiedział:
„Nuntala?, Nuntala?” – jęczę w jego kierunku pytająco.Widząc moją zielonkawą twarz odpowiada współczującym tonem: „1 hour.”
Chce mi się płakać. Jeśli tragarz mówi, że do Nuntali jest jedna godzina, to nam w tym stanie zajmie to co najmniej dwie. Dziękujemy mu skinieniem głowy i w ponurym nastroju ruszamy przed siebie. Już się do siebie nie odzywamy, żeby nie tracić sił. Po zaledwie paru minutach męczącego powłóczenia nogami wychodzimy z lasku i … widzimy domy. Ścieżką w naszym kierunku idzie jakiś biały wędrowiec. „Nuntala?” – pytam błagalnie. „Tak, to Nuntala.” – odpowiada wyraźnie zdziwiony tonem mojego głosu i dziwnym pytaniem, no bo co u licha mogłoby to być innego!
Zaczynam się śmiać ze szczęścia i ulgi. Jego mina wskazuje na to, że myśli, że ma do czynienia z szaleńcami. A co mi tam! Dotarliśmy! Jesteśmy! Możemy się do woli napić herbaty, nawodnić wycieńczone ciała, spać w łóżku i wymiotować przez całą noc pozbywając się zawartości puszki z żołądka. A do wychodka jest bardzo blisko!
