Nowa Zelandia, Kaeo, a raczej jego okolice. Margaret, nasza pierwsza gospodyni z organizacji Servas, zaczyna mi tłumaczyć przez telefon, jak do niej dojechać. Najpierw prosto, do mostu nad rzeką (której to nazwy już po minucie nie jestem w stanie powtórzyć), potem skręcić w lewo i do następnego mostu nad rzeką Y, potem mamy jechać prosto przez X km polną drogą, potem jeszcze raz skręcić w lewo, potem znowu prosto, potem znowu w lewo przy kamieniu, potem pod górę, potem prosto, potem w prawo. Razem około 15 km.
Powtarzam Włodkowi te wskazówki. Boję się, że jeszcze chwila, a zapomnę cokolwiek z tego, co udało mi się zapamiętać. Tak się zresztą dzieje. W rezultacie gubimy się na jakiś bezdrożach. Nagle dość abstrakcyjne obrazek przed nami: kobieta, która próbuje ujarzmić wierzgającą krowę. Wreszcie człowiek na tym bezludziu. Pytamy ją o Margaret Smith. Kobieta uśmiecha się szeroko i rozwlekając i tak poprzestawiane samogłoski mówi: Ach tuuk, uule Murgaret Smith niii jest z taach gór, taalko z tuumtych (i robi nieokreślony ruch ręką). Teraz musimy jechać cały czas w lewo, potem minąć domy Mitchell’ów, Brown’ów, Thomson’ów, a potem w prawo pod górę i już będziemy na miejscu. Ku naszemu zdziwieniu udaje się nam dotrzeć na miejsce, gdzie Margaret czeka na nas z otwartymi ramionami.
Farma, na której mieszka Margaret mieści się na wzgórzu z widokiem na święte miejsce Maorysów: górę TaraTara. Rodzice jej męża kupili ziemię zupełnie w ciemno w 1939 roku i po trzech miesiącach pieszej wędrówki z całym swoim dobytkiem z okolic Hamilton dotarli do swojej ziemi obiecanej (około 400km) . Następne 25 lat to karczowanie buszu i wydzieranie mu ziemi kawałek po kawałku pod uprawy oraz budowa domu – i wszystko własnymi rękoma. I to jest dom, w którym dzisiaj śpimy.
