Spacerek

Borneo. Park Narodowy Mulu. Miejsce magiczne i zagubione w otchłani dżungli. Można tam się dostać jedynie samolotem lub łodzią. Dżungla kryje tam wiele tajemnic, między innymi potężne jaskinie i twory skalne.

My wybieramy się na tam „river walk” do wodospadu o romantycznie brzmiącej nazwie: Garden of Eden. Dopytywanie się przewodnika, czy mamy solidne buty i czy jesteśmy świadomi, że będą one mokre nie robi na mnie większego wrażenia. traktuję je bardziej jako dobre przygotowanie służby parku do swojej pracy i rezultat skarg amerykańskich turystów, których nie uprzedzono o trudach i niebezpieczeństwach spaceru. No cóż nadchodzący dzień ma pokazać, jak bardzo myliłam się w swojej ocenie sytuacji.

Początek spaceru niczego groźnego nie zapowiada. Drewniana kładka wije się wśród dżungli aż do jaskini Deer. Kładka ciągnie się też w głąb mistycznej i katedralnej jaskini, z której codziennie przy dobrej pogodzie około 16.00 wylatują miliony nietoperzy na żer. W pewnej chwili przewodnik daje znak, że schodzimy z kładki w ciemność jaskini. Włączamy czołówki i posłusznie ruszamy za nim.

Teraz robi się trochę mniej przyjemnie. Skoro mieszka tu tyle nietoperzy to nic dziwnego, że są tu też i ich odchody. Wiele odchodów. Przewodnik ostrzega, żeby nie dotykać oczy ani skóry twarzy rękami pobrudzonymi guanem. Jest żrące – wyjaśnia z uśmiechem przylepionym do twarzy. „Ależ ja nie zamierzam nawet dotykać tego świństwa. – myślę sobie – sam jego smród mi absolutnie wystarczy, by iść na bezdechu. Dlaczego on nam o tym mówi, przecież … „ No tak, kiedy najpierw na czworakach, a później na wpół czołgając zaczynamy się przeciskać między głazami oblepionymi nietoperzym łajnem rozumiem jego ostrzeżenie.

Najgorsze jednak jest to, że w świetle czołówek widać też wszystkie obrzydliwe insekty i inne karalucho-podobne stwory wśród których przychodzi nam się przeciskać i czołgać. A potem wspinaczka po skalnych ściankach. Nogi trzęsą mi się zarówno ze strachu jak i wysiłku. No i zejście po linach w dół, do rzeki. Bo „river walk” okazuje się nie tyle spacerem wzdłuż rzeki, co wędrówką w rzece, bo innej drogi w dżungli nie ma.

Najpierw brodzimy po kolana, potem po pas a potem po szyję. Najgorsze jednak są kamienie na dnie rzeki – śliskie, nierówne, tylko czyhające na chwilę naszej nieuwagi. Wreszcie wychodzimy z rzeki. Wąską i niknącą w dżungli ścieżyną pniemy przez las deszczowy. Lepię się od gorąca i wilgoci. Jednocześnie, ani mi się śni podciągnąć spodnie czy zdjąć koszulę. Na to tylko czekają bezlitosne pijawki kryjące się pod każdym chyba liściem. Od czasu do czasu tylko ktoś krzyczy: Au! Pijawka! Zdejmijcie ją ze mnie!

Wreszcie wodospad. Jest wspaniały. Od stuleci spadając potężnym strumieniem wybił w skale niewielkie jeziorko, w którym radośnie się pluskamy. Nie zdejmuję ani ubrań ani butów. I tak wszystko jest przemoczone do ostatniej nitki. Chyba wszyscy odwlekają moment powrotu. Niestety, trasa powrotna prowadzi tą samą drogą przez mękę.