Swayambhunath rzeczywiście robi wrażenie. Docieramy tam pieszo. Ludzie przyglądają się nam z życzliwym zainteresowaniem, dzieci machają i wołają do nas: „Hello”. Nad rzeką unoszą się dymy ze stosów kremacyjnych. Słońce praży. W cieniu 28 stopni. Z przyjemnością wałęsamy się wokół świątyni, którą z jednej strony otacza las. Swayambhunath, popularnie nazywana Świątynią Małp, uderza nas swoim urokiem. W milczeniu podziwiamy białe budowle i ludzi odprawiających nieznane nam rytuały. Na niebie unoszą się jakieś drapieżne ptaki. Włodek marudzi, że nie wziął pięćsetki.
Nagle jakieś zamieszanie. Przyjechała delegacja UNESCO. Swayambhunath znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. W zasadzie tylko dzięki tej delegacji wpadamy na pomysł odwiedzenia świątyni buddyjskiej. Zdejmujemy buty, cichutko stajemy przy ścianie i przysłuchujemy się monotonnym recytacjom modlitw, które od czasu do czasu przerywa gong i łoskot nieznanych mi instrumentów. Przyglądam się mnichom: jeden ziewa, drugi wpatruje się w okno, trzeci ma tak znudzoną minę, że kiedy zauważa mój wzrok, wyraźnie jest zmieszany.

© 2026 Włodzimierz Serwiński. Wszelkie prawa zastrzeżone.
W pewnej chwili jeden z mnichów wstaje i zaczyna rozdawać pieniądze. Regularny pomruk nagle się „rozłazi”. Mnisi, wyraźnie poruszeni, patrzą, kto ile dostał. Jednym na twarzy pojawia się uśmiech, inni mają wyraźnie zawiedzione miny. Cóż, wszyscy jesteśmy ludźmi. Po chwili jednak znowu słychać regularny pomruk recytowanych modlitw. Wychodzimy. (O.)
