Dzisiaj Pashupatinath. Decydujemy się na jazdę miejscowym autobusem. Niedowierzanie w oczach naszego recepcjonisty, kiedy pytamy go o drogę na przystanek. „Wy naprawdę chcecie jechać autobusem?”. Jedziemy, chociaż tak na wszelki wypadek sprawdzamy cztery razy, czy to na pewno dobry autobus, bo nie jesteśmy w stanie odcyfrować tajemniczych znaków na tablicy z przodu autobusu. Czujemy się doskonale.

© 2026 Włodzimierz Serwiński. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wysiadamy i wędrujemy do kompleksu świątynnego. Robi on na mnie raczej przygnębiające wrażenie. Sporo żebraków, namolnych przewodników i rozpadających się budowli. Nad rzeką stosy kremacyjne. Na jednym płonie ciało, drugi stos jest właśnie przygotowywany. W powietrzu unosi się mdły zapach. Przyglądamy się w ciszy. Potem ruszamy dalej. Przez gąszcz świątyń docieramy do Boudhanath. Chyba jesteśmy już trochę zmęczeni. Przyglądamy się olbrzymiej stupie, ale jakoś ona do nas nie przemawia. Wracamy do hotelu, oczywiście autobusem. (O.)
