Jeżdżenie lokalnymi autobusami wchodzi nam w krew. Ale tym razem jedziemy ekspresem. Autobus rusza dopiero, gdy jest pełny. Konduktor, chłopaczek w obdartych spodniach i brudnej koszuli, zbiera opłaty za przejazd. Jeden z pasażerów odmawia zapłaty. Karą jest brak miejsca siedzącego.
Jesteśmy w Bhaktapurze. To miasteczko zostało odnowione przez Niemców i jako jedyne ma prawie wszystkie uliczki wyłożone czerwoną cegłą. Odpędzam się od „przewodników” i kiedy Włodek robi zdjęcia, czytam przewodnik w cieniu świątyni Shiva-Parvati. Rzeźbiarzowi, który ozdobił północną ścianę kompleksu, obcięto ręce, aby nie mógł już stworzyć niczego tak pięknego. Sun Dhoka, inaczej Golden Gate, prowadzi nas do Taleju Chowk, do którego oczywiście nie wolno nam wejść. Nie jesteśmy wyznawcami hinduizmu.

© 2026 Włodzimierz Serwiński. Wszelkie prawa zastrzeżone.
W Sundari Chowk, gdzie znajduje się „basen” Kumari, wzbudzamy sensację, robiąc sobie zdjęcie ze statywu. Wąską uliczką przemieszczamy się w stronę Taumadhi Tole. Z krużganka Café Nyatapola podziwiamy najwyższą świątynię w dolinie. Jest tak przyjemnie i leniwie, że nie chce nam się ruszać. W drodze na Pottery Square Włodek targuje się na ulicy o drewniane drzwiczki. Tak oto kupujemy pierwszą pamiątkę z Nepalu. (O.)
