Pobudka o 5:30 i wędrówka do autobusu turystycznego. Dostajemy podobno najlepsze miejsca. Autobus pnie się autostradą (to znaczy wąską i krętą drogą) przez Zielone Wzgórza otaczające Kathmandu. Nasz kierowca ma duszę pokrewną Włodkowi, bo wyprzedza wszystko, co mu się nawinie po drodze. Wygląda to czasami przeokropnie i aż się dziwię, że nie zderzamy się z ciężarówkami, jeepami czy motocyklami.
Po dwóch godzinach postój, teoretycznie na śniadanie, ale widzę, że wszyscy kierowcy podnoszą maski autobusów i chłodzą silniki. My udajemy się do nepalskiej kuchni na herbatę, bo w końcu powinniśmy się zacząć przyzwyczajać. Jesteśmy tam jedynymi białymi. Potem już tylko godzinka i zatrzymujemy się przy jakiejś chatynce, obok której leżą kaski, wiosła i kamizelki. Po jakimś półgodzinnym oczekiwaniu dobija do nas reszta uczestników i schodzimy nad rzekę.
Najpierw krótkie szkolenie. Nie wszystko rozumiem, ale mam nadzieję, że jakoś przeżyję. Nasza tratwa to prawdziwa łódź wikingów: trzech Szwedów, jeden Norweg i my. Pokonujemy bystrza przepisowo. Skandynawowie są olbrzymi i świetnie wiosłują. Od czasu do czasu rozglądam się i mam wrażenie, że właśnie oglądam film. Dolina rzeki porośnięta jest gęstym lasem, gdzieniegdzie unosi się dym z jakiejś chatynki, stuletni most rodem z Indiany Jonesa, małpy skaczące po drzewach, małe wodospady, błękitne niebo.
Przybijamy na lunch. Niepewnie jemy surówkę ze świeżej, białej kapusty. Ciekawe, jak zareagują na to nasze żołądki. Płyniemy dalej. Po dwóch godzinach przybijamy do naszego obozu na małej plaży. Na noc zostaje nas tylko szóstka. Żegnamy się z Jasonem, dwoma Chińczykami, Rosjanami i Norwegami. Przed nami jeszcze posiłek przy świecach i sen.
