Monjo – Khumjung (7 października 2000)

Wyruszamy z Monjo. Ja z duszą na ramieniu, bo podejście pod Namche jest długie, strome i już na granicy choroby wysokościowej. Drepczę krok za krokiem, Włodek trzyma się za mną, mam wrażenie, że wszyscy mnie wyprzedzają. W Namche pijemy tony herbaty, już dużo droższej niż na dole, i wspinamy się do Syangboche. Tam chcemy przenocować. Niepokoję się, czy nie miniemy Syangboche, bo to niewielka miejscowość, ale Włodek tłumaczy mi, że to niemożliwe, bo tam jest lotnisko, a przecież lotniska nie ominiemy. W rezultacie z wdziękiem mijamy lotnisko i pniemy się z uporem w górę, oczywiście cały czas przejęci, żeby iść wolno i nie za wysoko. Kiedy droga zaczyna schodzić w dół, coś nam się nie zgadza. Pytamy dzieci o Syangboche, a one mówią, że to w kierunku, z którego przyszliśmy. Cofamy się i ponownie przechodzimy koło farmy jaków. Jakiś chochlik podpowiada nam, żebyśmy tam zapytali o nocleg. Włodek pierwszy wkracza na teren farmy, a ja za nim. Stojące byki nie przyglądają nam się przyjaźnie. Nagle słyszę, jak Włodek krzyczy: „Atakują!”. Mój Boże, dostaliśmy skrzydeł, a zastrzyk adrenaliny był taki, że w rezultacie dotarliśmy do Khumjung, nie wiedząc kiedy i jak.