Z Pangboche wyruszamy, jak na nas, bardzo wcześnie, bo aż o 8:40. Wędrujemy przez urokliwe łąki z roślinnością wysokogórską. Wreszcie czujemy się jak w górach. Padamy przy jakimś kamieniu i leżymy brzuchami do góry. Jest cudownie.
A potem człapiemy dalej i o 12:00 docieramy do Pheriche. Ja po drodze wreszcie wyprzedzam kogoś – pana pod sześćdziesiątkę ze sztywną nogą.
O 15:00 ma być wykład dotyczący choroby wysokościowej, ale jest trochę przesunięty, ponieważ ktoś właśnie na nią cierpi i lekarz musi udzielić mu pomocy. Trochę nas to wszystko przeraża i postanawiamy się zaaklimatyzować w Pheriche. Norwegowie, z którymi dzielimy lodge, postanawiają mimo wszystko ruszyć jutro dalej.

© 2026 Włodzimierz Serwiński. Wszelkie prawa zastrzeżone.
