Pheriche – Gorak Shep (13 października 2000)

Rzeczywiście wstajemy skoro świt i o 6:45 ruszamy w stronę Lobuche. Docieramy tam gdzieś około 11:30 i miejsce robi na nas bardzo negatywne wrażenie. Coś szybko jemy i wędrujemy dalej w górę.

Mimo że droga nie jest bardzo stroma, a wręcz wygląda na łagodną, trudno się idzie. Wszyscy wyglądają tak, jakby nagle film puszczono na zwolnionych obrotach. Wędrówka przez lodowiec wydaje się trwać wiecznie. Po drodze spotykamy naszych Norwegów. Ten większy chwieje się na nogach, jest mu słabo i boli go głowa – charakterystyczne objawy choroby wysokościowej. Chce jak najszybciej schodzić w dół. Rozumiem go.

Kiedy docieramy do Gorak Shep, właśnie ląduje helikopter i zabiera dziewczynę z ciężkimi objawami choroby wysokościowej. Wypluci i wymęczeni docieramy do pierwszej lodge. Ja jestem gotowa w niej zostać, ale Włodek chciałby mieć podwójne łóżko, bo wtedy w nocy jest dużo cieplej. W nocy temperatura spada poniżej zera, a tu psie budki, niczym nieogrzewane.

Czekam na Włodka, który poszedł na zwiad do drugiej lodge, i nagle słyszę głos zza ściany. To niewątpliwie polski. Pędzę do tamtego pokoiku. Tak, to Polacy! Jak cudownie. Witają mnie polskim kabanosem. Co za szczęście. Umawiamy się z nimi na wieczór. Najbardziej niesamowite jest to, że są z Sopotu i mamy wspólnych znajomych: Rysia Górnowicza, Andrzeja Dzierbickiego i Darka Ziemana. Wieczorem siedzimy razem tak długo, że gospodyni po prostu wyprasza nas z „jadalni”.