
© 2026 Włodzimierz Serwiński. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wstajemy rano, żeby się wspiąć na Kala Patthar. Dla mnie to mordęga. Wszystko powyżej 5000 metrów wykańcza mnie, a jest jeszcze 6:30 i tak zimno, że oddech zamarza.
Gdyby nie Włodek, nie wczłapałabym się tam w życiu. Kiedy już jestem u góry, podziwiam widoki i myślę sobie, że warto było wspiąć się tak wysoko. A potem w dół – to chyba najbardziej lubię. Pędzimy jak burza. W dół, w dół i jeszcze raz w dół. Mijamy pędem Lobuche i łapiemy skrót na Gokyo.
Wędrujemy dziarsko, gdzieś niedaleko powinna być malutka wioska Dzongla. Tam można przenocować. Widzimy drogowskaz, to znaczy ktoś farbą namalował na kamieniu „Dzongla”. To dobrze, bo już jest 17:00 i zaczyna się powoli ściemniać. Włodek wymyśla jakiś skrót. Wsi jednak jak nie widać, tak nie widać. Zaczynam się lekko denerwować. Jest już ciemno. Zanosi się na śnieg. Każdy głaz wydaje się nam budynkiem. Nagle widzę namiot. Wołam do Włodka: „Widzę namiot!”. On mówi: „Ty chcesz widzieć namiot”. A jednak to namiot pełen porterów. Wpadam do niego jak burza, krzycząc: „Dzongla!”. Słyszę odpowiedź: „Two minutes”. Kamień spada mi z serca. W Dzongli dostajemy pokoik, który chyba został wygospodarowany w byłej oborze, ale co tam – przynajmniej mamy dach nad głową.
