Machhermo – Khumjung (17 października 2000)

Włodek i Adam ciągną mnie pod górę i sprowadzają w dół. Zabierają rzeczy z plecaka, a potem podstępem sam plecak. Spotkani po drodze Czesi ratują mnie antybiotykiem, bo rzężę, charczę i świszczę jak stara lokomotywa. Wreszcie widać Khumjung. Chcemy się zatrzymać w hotelu, ale nie ma miejsc, bo trwa wielka impreza kończąca meksykańską wyprawę na Mount Everest. Są miejsca, ale tylko w dormitorium. Rzut oka na łazienkę i prawdziwy sedes przekonują nas do dormitorium. Bierzemy prysznic, pod którym płaczę ze szczęścia. A potem królewski obiad, podany jak w najlepszym hotelu. Jestem szczęśliwa. Mam 38,5°C i wreszcie przesypiam całą noc mimo wielkiej meksykańskiej fety.