Puiyan – Nunthala (21 października 2000)

Idziemy dalej w dół, to znaczy pod górę. Chcemy nadgonić stracony czas. Po drodze jemy owoce z puszki i za Kharikhola popijamy colą. Włodek robi się nagle blady i mówi: „Chyba zaraz zemdleję”. Siadamy, zrzucamy plecaki. Mnie też robi się słabo, żołądek zaczyna wyprawiać dziwne harce. A dalej to już droga przez mękę. Wymiotujemy jak najęci, mamy rozwolnienie i, chwiejąc się, pniemy pod górę. Pot zalewa nam oczy. Każdy krok to mordęga. Ja już nie wierzę, że kiedykolwiek dotrzemy do tej całej Nunthali. Pytamy jakiegoś portera: „Nunthala?”. Odpowiada: „One hour”. Mam ochotę się rozpłakać. Ja już nie dam rady iść godzinę. Ale drepczemy. Po piętnastu minutach wychodzimy z lasu i widzimy jakieś domy. Może jest tu jakaś lodge. Drogą nadchodzi turysta. Prawie się na niego rzucam, pytając o jakąś lodge. On uśmiecha się i mówi: „Ależ to Nunthala. Tu jest pewnie z pięćdziesiąt lodge”.