Siem Reap – Phnom Penh (1 stycznia 2001)

Jak na podróżników przystało, pierwszy dzień Nowego Roku spędzamy w drodze. Zamierzamy popłynąć speed-boatem do Phnom Penh. O tych łodziach krążą złowieszcze wieści – że w zeszłym roku jedna utonęła, a na inne to wiecznie napadają. Ale co mamy robić? Do wyboru mamy tylko pick-upa, który dzisiaj nie odjedzie, i slow boat, która odpłynie nie wiadomo kiedy.

Samo płynięcie speed-boatem dostarcza nam wielu wrażeń. Nikt nie siedzi w środku (łatwiej się uratować, jak się siedzi na dachu). Wszyscy cierpliwie znoszą bryzgi wody i wiatr. Łódź pędzi, jej dziób unosi się ponad wodą, szum i wycie silników, cała łódź drży. Po drodze migają nam wioseczki na wodzie, łódki rybaków. My siedzimy na rufie i od czasu do czasu obserwujemy przyciśniętych potrzebą pasażerów, którzy przytulają się do barierki z tyłu łodzi i… Słońce praży niemiłosiernie. I już dopływamy do Phnom Penh.