Wynajmujemy kierowcę z motorem i jedziemy najpierw do ambasady tajskiej (nie ma to jak być Polakiem!), żeby załatwić wizę do Tajlandii, a potem do więzienia S-21 i na Pola Śmierci. Te miejsca przygnębiają i po raz nie wiadomo który pojawia się pytanie bez odpowiedzi: „dlaczego?” Ale życie musi toczyć się dalej i ci, którzy przeżyli, teraz robią pieniądze na tych, którzy zginęli.
Przy wejściu na Pola Śmierci zatrzymuje nas młody człowiek i żąda opłaty za wejście. My, po Indiach, jesteśmy wyczuleni na wszystkie naciągania. Mówię: OK, ale poproszę o bilet wstępu. Na co on, że biletu nie ma, tylko mam się wpisać do zeszytu. Kręcę głową. No way. Albo dostaję bilet, a jak nie, to nie płacę. Później dowiadujemy się z oficjalnej broszurki, że nie ma żadnych opłat za wejście na Pola Śmierci.
A po południu spotykamy się z Sukheatem, Kambodżańczykiem, który studiował w Polsce, a namiary na którego otrzymaliśmy od Grześka Bywalca. Razem zwiedzamy pałac królewski, Srebrną Pagodę i Sukheat obwozi nas po mieście. Umawiamy się na następny dzień na śniadanie.
