Siedzimy sobie na stacji i czekamy na pociąg. A to głównie przeze mnie, bo mam jakieś napady paniki, że nie zdążymy na pociąg, i zmuszam Włodka do bardzo wczesnego opuszczania hotelu. Włodek, oczywiście, każdą w ten sposób wygospodarowaną chwilę przeznacza na kupno lodów. Tym razem wraz z lodami przywlókł kolegę po fachu – Toma (Niemca). Tom, przesympatyczny człowiek, zapalił do nas wielką sympatię i zaproponował wspólne spotkanie się w Chiang Mai, no i może nawet wspólny trekking. Trochę się przestraszyłam, bo zaczął opowiadać nam o Nepalu, gdzie zaliczył tę samą trasę co my i do tego jeszcze Annapurnę. Ale co tam – najwyżej będą na mnie wszyscy czekali.
Tymczasem podstawiono nasz pociąg. Jedziemy sypialnym, drugą klasą. Co za przyjemność! „Pan wagonowy” pościelił nam łóżeczka, wręczył do ręki kartkę napisaną po angielsku, że cała obsługa pociągu i policja są do naszej dyspozycji. Bardzo to miłe, ale wolałabym nie korzystać z ich usług, o ile to nie będzie konieczne. W międzyczasie Tom zlokalizował nas w pociągu i przywlókł ze sobą swoją następną „ofiarę”: Tony’ego (Francuzo-Japonczyka z Ibizy). Jest nas już zatem spora gromadka na trekking w Chiang Mai. Ale zanim tam dotrzemy, my jeszcze robimy mały skok w bok do Sukhothai (była stolica Tajlandii).
Zatem o 5 rano wysiadamy w Phitsanulok, łapiemy jakiegoś rikszarza (albo on nas) i dopadamy do autobusu, który dowozi nas do Sukhothai. Nie mamy za bardzo ochoty zwiedzać rozległego „Parku Historycznego” z naszymi plecakami, więc najpierw musimy się ich pozbyć. Znajdujemy przesympatyczny guesthouse, gdzie bez żadnej opłaty biorą nasze plecaki na przechowanie. Jemy śniadanie, wskakujemy do malutkiego pick-upa i jedziemy do Parku Historycznego. Wynajmujemy rowery i zwiedzamy ruiny dawnej stolicy. Włodkowi bardzo się one podobają, ja mam mieszane uczucia. Winne jest temu Angkor Wat – po nim już prawie nic nie jest piękne. No, może trochę przesadzam. Miasteczko ma swój urok i bardzo przyjemnie jest pokluczyć trochę między starymi ruinami.
A potem lunch i znowu autobus (tym razem 6 godzin) i już jesteśmy w Chiang Mai. Z autobusu wyluskują nas naganiacze, a ponieważ jesteśmy obrzydliwie zmęczeni, zgadzamy się, żeby zawieźli nas gdzie chcą i jak chcą, byle tylko móc szybko położyć się spać.
