Włóczymy się po tym urokliwym mieście. Spoglądamy na kolejne waty i mury starego miasta. Jak zwykle zaglądamy do internetu, żeby zobaczyć, co nam przysłali nasi znajomi. Wśród e-maili jest i jeden od Toma. Określa w nim miejsce i czas spotkania. Wędrujemy zatem do Orchid Guesthouse na spotkanie z naszymi nowymi znajomymi. Tam, po krótkiej dyskusji, decydujemy się wykupić trekking.
Trekking jest 3-dniowy, w tak zwanej nieturystycznej okolicy. Cóż, zobaczymy – pewnie wszyscy tak mówią. Dostajemy plecaki i chcą nam jeszcze z dobrego serca wcisnąć śpiwory. Dziękujemy grzecznie, ale wolimy swoje. Nie po to przecież je tachamy przez połowę świata, żeby zostawiać je w hotelu. Wyruszamy jutro rano, ale zanim się to stanie, Włodek i Tom chcą jeszcze skoczyć na lody do Swensena. Ja na szczęście znajduję bratnią duszę w Tonym i wędrujemy na zestaw dużego Macka.
