okolice Chiang Mai (11 stycznia 2001)

Jest nas razem 8 sztuk. Ładujemy się do jeepa i ruszamy w dżunglę. Czy to wreszcie będzie taka dżungla, jaką sobie wyobrażałam? Czy taka dżungla w ogóle istnieje? Zobaczymy. Na drodze tymczasem skończył się już asfalt i tłuczemy się po jakichś bezdrożach. Przy małym strumieniu trochę posilamy się i dalej w drogę. Docieramy do jakiejś wioseczki, gdzie droga już się kończy. Na dachach domów widać zatknięte i wysuszone głowy psów. „To przeciwko złym duchom” – szepcze nasz przewodnik. Zarzucamy plecaki i pniemy się pod górę.

Pot spływa ze mnie strużkami. Nasz przewodnik pokazuje nam, jak przetrwać w dżungli, czym się żywić i co pić w razie nagłej potrzeby. Tak mnie zakręcił, że z wrażenia zżarłam dwa robaki, które wyciągnął z jakiejś trzciny. Nie powiem, nie były złe, ale Włodek zdecydowanie odmówił ich skosztowania. Po drodze uczymy się naśladować głosy zwierząt (mnie to w ogóle nie wychodzi) i rozpoznawać rośliny.

Wreszcie docieramy do miejsca na nocleg. Bambusowa chata kryta trzciną jest naszym nowym domem. Mong i La (nasi przewodnicy) zabierają się za gotowanie obiadu, a my rozkosznie sobie próżnujemy. Trochę jesteśmy zdziwieni, kiedy wraz z zachodem słońca robi się trochę zimniej, a potem jeszcze bardziej i jeszcze bardziej… A potem to my się cieszymy, że wzięliśmy swoje śpiwory.