okolice Chiang Mai (13 stycznia 2001)

Wędrujemy przez jakieś mokradła i szukamy jakiegoś węża, którego osobiście wolałabym nie spotykać. Na szczęście chyba się gdzieś przeniósł. Docieramy do rzeki, gdzie oblewani wodą przez miejscową dziatwę spływamy bambusowymi tratwami do miejsca, w którym czeka na nas nasz jeep.

Jeepem docieramy do Parku Narodowego, gdzie przy wodospadzie jemy lunch (muszę przyznać, że Mong gotuje wspaniale), a potem jedziemy na najwyższą górę Tajlandii (ok. 2500 m n.p.m.). Na samym jej szczycie znajdują się dwa waty (jeden króla i jeden królowej). Nie robią na nas większego wrażenia, ale widok, który roztacza się wokół nas, jest oszałamiający. No i powrót do hotelu i gorąca kąpiel.