Chiang Mai (14 stycznia 2001)

Rano spotykamy się z naszymi towarzyszami z trekkingu. Ja przeczytałam, że gdzieś tu niedaleko są gorące źródła, w których można się wykąpać. Towarzystwo wyraźnie nabrało na nie ochoty. Nasza czwórka (tzn. Tom, Tony i my) chcemy jeszcze zobaczyć rynek parasolek, który jest po drodze do owych źródeł. Rynek parasolek tak nas pochłania, że nie starcza nam już czasu i ochoty na źródła. Wracamy do hotelu. Tam spotykamy tych, którzy do źródeł się udali. Mają dość smętne miny. W źródle można zanurzyć ewentualnie nogę albo ugotować jajko. Ze wstydem przyznajemy się, że nas tam wcale nie było. Na wieczór umawiamy się na wspólną kolację i jakby zupełnie przypadkiem przypominamy sobie, że wypadałoby kupić bilety na jutro do Chiang Khong. Okazuje się jednak, że o 19:00 wszystkie bezpośrednie i turystyczne busiki są już zapełnione, więc pozostaje nam tylko publiczny środek transportu. Jakoś sobie damy radę. Ze wspólnej kolacji też nam niewiele wychodzi, bo umówiliśmy się w Antique House, nie sprawdziwszy wcześniej, że w mieście są takie trzy. Po rozpaczliwym bawieniu się w ciuciubabkę siadamy w jakiejś przybrzeżnej restauracji i wściekle głodni rzucamy się na jedzenie.