Chiang Khong – (Mekong) – Pakbeng (16 stycznia 2001)

Zorganizowany do bólu Tom wstaje jako pierwszy, robi poranne zakupy, odbiera od kuriera swój paszport i z uśmiechem na twarzy wita nas przed przejściem granicznym. Razem przekraczamy granicę, to znaczy najpierw w małej łódeczce przepływamy Mekong. Na granicy próbujemy wymienić pieniądze. Ktoś nierozsądnie wymienia 100 dolarów i teraz rozpaczliwie upycha banknoty po kieszeniach (1 dolar = 8200 kipów), a dostał je w nominałach po 100, 200, 500, 1000 kipów.

Pędzimy do łodzi. Spoceni i zadyszani kupujemy bilety, bo podobno łódź już odpływa. Tak odpływa, że siedzimy w niej jeszcze przez godzinę i nic się nie dzieje. Ławeczki w łodzi są obrzydliwie twarde, pogoda najgorsza od początku naszej podróży, ale Mekong i góry dookoła zapierają wszystkim dech w piersiach. Mijamy przybrzeżne wioseczki, jakieś chatynki rozrzucone wzdłuż rzeki w dżungli. Gdzieniegdzie unosi się dym na tle majaczących gór. Po sześciu godzinach docieramy do Pakbeng. To miejsce noclegu. Śpimy w bambusowej chacie na palach z widokiem na rzekę. W nocy Włodek mnie budzi. „Słyszysz?” – „Nie, a bo co?” – „Szczury mamy w pokoju”. No proszę – po to tylko mnie budził, teraz to na pewno szybko zasnę.