Pattaya (30 stycznia 2001)

Cóż można robić w Pattaya (o poprzednim wieczorze powinien napisać Włodek), słynnym mieście 4S, kiedy ma się okropny katar i nie rozstaje się z chusteczką do nosa? Cóż, pocieszam się, że przynajmniej jestem „pociągająca”. A wracając do samego miasta – to jest to typowe miasto wypoczynkowe (w dużej części opanowane przez Rosjan – wszędzie napisy po rosyjsku), które składa się z bulwaru wzdłuż wąskiej plaży, po którym przechadzają się głównie pary mieszane (tzn. on – mocno starszawy biały pan lub wyraźnie zagubiony emocjonalnie biały pan, ona – Tajka w wieku od koloru do wyboru), tłumu hoteli, resortów i hotelików oraz małych uliczek, w które powciskane są bary go-go. A co my robimy w tym mieście rozpusty? My wynajmujemy dwa leżaczki, kupujemy sprite’a, wyjmujemy książkę do nauki hiszpańskiego i najzwyczajniej w świecie wkuwamy. Nauka jest tak męcząca, że po przyjściu do naszego hoteliku walimy się na łóżko, żeby trochę się przespać. I… śpimy do białego rana.