Pattaya (31 stycznia 2001)

Trochę nam głupio, że tak spaliśmy, i postanawiamy spędzić ten dzień aktywnie. Chcemy się wybrać do pobliskiego miasteczka, gdzie podobno jest ładniejsza plaża. Żeby było romantycznie, wybieramy się brzegiem morza. Początek jest całkiem niezły, później przedzieramy się przez jakąś „stocznię remontową”, potem przez jakieś klify, a potem to już nie ma przejścia, bo plaże należą do olbrzymich resortów wypoczynkowych i są zagradzane. W rezultacie krótki spacer okazuje się bardzo długą wędrówką, oczywiście w największym skwarze. I kiedy wreszcie docieramy do pięknej plaży, to wcale się już ona nam nie wydaje taka wspaniała i padamy bez wytchnienia. Włodek jednak już po jakiejś pół godzinie zrywa się i pędzi pływać na desce. Obiecuje mi, że będzie pływał w zasięgu mojego wzroku. Pływanie całkiem mu wychodzi, tyle tylko, że na morzu całkiem spory ruch i od czasu do czasu widzę mknącą motorówkę, a potem Włodka w wodzie. Jednak to go nie zraża, a wręcz dodaje mu chyba więcej energii, bo wieczorem gra w kręgle i wybiera się na dyskotekę.