Koh Tao (4 lutego 2001)

Koh Tao jest piękna. Mieszkamy 10 metrów od morza. Rano budzi nas szum fal. Śniadanie jemy w małej restauracyjce na plaży. Włodek wypożycza maskę i płetwy. Na zmianę snorkelujemy i wymieniamy się wrażeniami. Błyszczą nam oczy i trzęsą się ręce. Jeszcze nigdy w życiu nie widzieliśmy tylu pięknych i dziwacznych ryb i stworków podwodnych. Wieczorem spacerujemy wzdłuż brzegu morza. Włodek zauważa jakiś plakat z informacją o dyskotece. Widzę ten szczególny błysk w jego oku. W rezultacie ja kładę się spać, a on wraca o 4 nad ranem i budzi mnie wołając: „Wiesz co? Wiesz co? Wiesz, kto mieszka za ścianą? Pamiętasz te dwie Angielki z pociągu Bombaj – Goa?” O 4 nad ranem trudno cokolwiek pamiętać, ale coś mi tam świta. „To one są naszymi sąsiadkami i wiesz” – ciągnie dalej – „tańczę sobie z jakąś dziewczyną na dyskotece, nie powiem” – dodaje skromnie – „jesteśmy mistrzami parkietu, kiedy ona się mnie pyta, skąd jestem. Kiedy mówię, że z Polski, rozmowa dalej toczy się już po polsku”. Niestety tajemniczej tancerki nie udaje mi się spotkać, mimo że podobno mieszkamy w tym samym resorcie (ośrodku wypoczynkowym).