Koh Tao (5 lutego 2001)

Wypożyczenie skutera daje nam możliwość poruszania się po wyspie bez ograniczeń (tak nam się przynajmniej wydaje). Zatem wrzucamy do koszyka płetwy i maskę i ruszamy na Shark Point. Nie łudzimy się, że zobaczymy choć kawałek rekina. Jednak Włodek już po pierwszym snorkelowaniu wraca z wody krzycząc: „Widziałem rekina!” Staję przed dylematem: chciałabym a boję się. W końcu nakładam maskę i płetwy, ciężko wzdycham i płynę. Płynę ponad rafą koralową, przyglądam się kolorowym rybkom i nagle widzę jakiś duży kształt: jeden, drugi, trzeci, coraz więcej. Dziwnie się człowiek czuje otoczony przez rekiny. Mówię do siebie: „Spokojnie, przecież one nie są groźne”, ale mimo to czuję gęsią skórkę na plecach. Powolutku się wycofuję. Jeden z rekinów zbliżony wielkością do mnie towarzyszy mi przez chwilę. Ciekawe, czy one na pewno nie są groźne? Jednak Shark Point to tylko jedno z miejsc zaplanowanych na dzisiaj. Wskakujemy na naszego rumaka, rzut oka na mapkę i… I jesteśmy na motocrossie. Nasz skuterek wyje na pierwszym biegu, ale mimo to nie jest w stanie pokonać wielu górek, koła ślizgają mu się w piachu, parę razy lądujemy „w rowie”. Na szczęście upadki nie są groźne. Ja mam parę zadrapań, a Włodek oparzył się o rurę wydechową przy upadku. Rocky Beach, na którą docieramy o zachodzie słońca, pozwala nam trochę odetchnąć. Wieczorem jemy na kolację rekina. Przypomina mi to trochę kanibalistyczne praktyki: „Zjedz swojego wroga, a posiądziesz jego moc”.