A moc nam jest potrzebna. Dziś nurkujemy. Kilka razy łapiemy się na tym, że się najzwyczajniej w świecie boimy. Ostatniego nura daliśmy ponad pół roku temu. Czy jeszcze coś pamiętamy? Nie ma się jednak co martwić. Na Koh Tao nurkowanie to przemysł – wszystko odbywa się niezwykle sprawnie.
Nasz instruktor Andy (mimo zabawnej wytatuowanej myszki na piersi) wzbudza zaufanie i tłumaczy wszystko wielokrotnie. Powoli uspokaja mi się oddech i nagle znowu dreszcz przerażenia: „O Boże, ja nigdy nie skakałam z łodzi!” Z przerażenia zasycha mi w gardle. Mam nadzieję, że nikt tego nie widzi. Nikt, to znaczy Andy i Caroline – Kanadyjka polskiego pochodzenia. Na szczęście wszystko tak szybko się dzieje, że nawet nie zauważam, że już jesteśmy w wodzie.
To miejsce nazywa się Hin Pee Wee. Schodzimy w dół na 26 metrów. Kręcimy głowami we wszystkie strony – tyle tu różnych cudów w tak cudownie przejrzystej wodzie. Ale już musimy wracać. Minęło 40 minut i czas na przerwę z herbatą i ciasteczkami. Za 2 godziny następny nur – to White Rock. Tym razem skok do wody nie wywołuje drżenia serca. Jedyne, co mnie niepokoi, to „trigger fish” – złośliwa rybka o bardzo ostrych zębach. Jest ich tu całe mnóstwo i wcale nie wydają się być zachwycone naszą obecnością. Tak naprawdę to cały czas uciekamy z ich terytorium.
