Leżymy na leżakach pod palmami i staramy się odpoczywać ile tylko się da. Przed nami słynne Full Moon Party na Koh Phangan. Specjalna „party boat” wyrusza o 17:00. Na Koh Phangan przybędzie po 2,5 godzinach. W rzeczywistości docieramy o 21:00. I jak tu wierzyć Tajom – tak się bili w piersi i obiecywali, że tylko 2,5 godziny. Ale może to i lepiej – impreza jeszcze się nie zaczęła.
Wstępujemy na kolację do jakiejś restauracyjki, gdzie leci „Cast Away” z Tomem Hanksem. Kątem oka widzimy nadciągające tłumy. Wreszcie i my o 23:00 postanawiamy udać się na plażę Had Rin, gdzie odbywa się impreza. Wzdłuż plaży i na plaży tysiące ludzi spaceruje, siedzi, tańczy, pije i je. Spacerujemy wzdłuż brzegu, przyglądając się tłumowi i poszukując odpowiadającej nam muzyki. Trochę tańczymy to tu, to tam. Jakaś Tajka wyjąca do księżyca cały czas wdycha jakieś prochy, by wreszcie zacząć rozdawać je dookoła. W świetle laserów, huku sztucznych ogni i odblaskowych tatuaży wygląda to wszystko dość niesamowicie.
W pewnej chwili widzę, jak ktoś się nagle przewraca nad brzegiem morza. Tłumek gromadzi się koło leżącej postaci. To ofiara sztucznych ogni z rozerwaną nogą. My wędrujemy dalej wzdłuż budek z jedzeniem i piciem (zaskakująco normalne ceny). Wszędzie rozśmiane twarze i pytanie: „Bawisz się dobrze?” Krótkie rozmowy z nieznajomymi, których twarzy jutro nawet nie rozpoznamy.
Wędrując tak sobie i rozglądając się dookoła, stwierdzam, że życie nie jest sprawiedliwe. Panowie, żeby załatwić swoje potrzeby, po prostu wchodzą po kostki do wody, odwracają się tyłem i już. Ja mam do wyboru rozpaczliwe poszukiwanie jakiegoś krzaczka lub – jak robi to para zdesperowanych panienek – wejście do wody po pas.
