Koh Phi Phi (13 lutego 2001)

W nocy przyszła burza. Boimy się, co będzie z pogodą, ponieważ dzisiaj zamierzamy nurkować. Na szczęście budzi nas słońce. Pani „naleśnikowa” już nas rozpoznaje i pyta się sama: „Two banana pancakes and shakes?” Hm, mruczymy. Dzisiaj pani ma pomocnicę, więc przygotowania nie zabierają tak dużo czasu. Jednak pomocnica nie robi tak pysznych shake’ów jak szefowa. Z pełnymi brzuszkami idziemy na plażę tuż koło naszej ulubionej kafejki „Riddim” i czekamy na ekipę nurkową. Ekipa nurkowa składa się z przesympatycznego Francuza Alexa i jego przyjaciela Anglika oraz z łodzi typu long-tail. Coś mi staje w gardle. Już zdążyłam się przyzwyczaić do wygodnych, dużych łodzi, a jak z czegoś takiego dostać się do wody? W rezultacie ubieramy się w wodzie, no i w dół. Paruje mi maska, a jesteśmy na 20 metrach. Czyżbym musiała ją sobie zalać i przepłukać? W Polsce nikt by mnie nie zmusił do tych czynności na 20 metrach, a tu przychodzi mi to z łatwością. No i świat od razu staje się wyraźniejszy. Tłumy ryb, rafa koralowa, a na koniec smakowity kąsek: wąż morski. Axel siedzi w wodzie tak długo, jak można – wszyscy wychodzimy na rezerwie po 68 minutach. Teraz trzeba się tylko wgramolić do łodzi. Najpierw pas balastowy, potem jacket z butlą, a potem – o udało się, już jestem w łodzi. Lunch jemy na białutkiej plaży i Axel przyznaje się nam, że dwa lata temu wyruszył w tę samą trasę dookoła świata co my i już potem mógł być tylko dive masterem. Innego życia nie może sobie już wyobrazić. Drugie nurkowanie przynosi nam same rarytasy: rekin lamparci, którego chyba rozzłościliśmy, bo sobie odpłynął; żółw uroczo nieporadny; olbrzymia meduza wyglądająca jak parasol, no i moje bliskie spotkanie z rybą skorpionem. Na szczęście nie zdążyła mnie dziabnąć. Wracamy na wyspę głodni jak wilki. Pędzimy do naszego „Vikinga”, a ten jak na złość cały jest zajęty. Wchodzimy do jakiejś knajpy obok. Włodek zamawia kurczaka, na którego czeka wieki, a ja sałatkę, po zapewnieniu przez kelnerkę, że nie jest ostra. Nie wierzcie nigdy żadnemu Tajowi, jak mówi, że coś nie jest ostre!