Koh Phi Phi – Pakbara (14 lutego 2001)

Rano zaskakujemy naszą panią „naleśnikową”. Tym razem jemy 3 naleśniki z bananami i pijemy shake’i z ananasa i papai. Siapi mały deszczyk. Podróż do Krabi upływa nam szybko, a tam przejęci jesteśmy przez minibus do Satun. Włodek zajmuje dla nas miejsca z przodu (jest miejsce na nogi) i ładujemy do bagażnika nasze bagaże. Niestety, kiedy wracamy do minibusa, nasze miejsca są już zajęte przez Tajów. Widzę, jak Włodkowi zaciska się szczęka. Znowu przyjdzie nam siedzieć z nogami pod brodą, ze świadomością, że ci Tajowie zapłacili 5 razy mniej za bilety niż my i mają dużo wygodniejsze miejsca. Po drodze zatrzymujemy się na lunch w przydrożnej restauracji – 20 minut przerwy. Dla mnie to akurat tyle, żeby wypić herbatę. Zresztą i tak bym nic nie przełknęła, bo jedzenie czysto tajskie. Jacyś Niemcy już po dwóch łyżeczkach odsuwają talerze daleko od siebie. No ale nasz minibus już trąbi, więc dalej w drogę. W Hat Yai usłużny „właściciel” biura turystycznego informuje nas, że źle nam sprzedano bilety, że nie powinniśmy jechać do Satun tylko od razu do Pakbara. On oczywiście wszystko może załatwić za drobną opłatą. Oczywiście wcale nie chce na nas zarabiać. Wszyscy czujemy, że nas naciąga, ale jest nam już wszystko obojętne, byleby już tylko dotrzeć do Pakbara. Zatem nowy minibus, następne dwie godziny w drodze i kierowca wyrzuca nas przed jakimś hotelikiem i znika w mroku. Nie wiemy nawet, czy to Pakbara. To jest Pakbara, bungalowy są bardzo miłe, do przystani nie jest daleko, więc wszystko w porządku. Padam na materac i już prawie zasypiam, kiedy słyszę, że Włodek rozmawia z kimś po polsku. Wyskakuję z bungalowu! Rodacy! Magda i Krzysiek. Siedzimy z nimi do 1:00 w nocy i gadamy, gadamy, gadamy…