Pakbara – Koh Lipe (15 lutego 2001)

Rano po śniadaniu i wysłaniu paru maili (bo chodzą plotki, że na Koh Lipe nie ma internetu) udajemy się na przystań. Ładujemy się na stateczek i ruszamy w stronę naszych wysp dziewiczych. Pogoda, choć świeci słońce, jest bardzo wietrzna i trzeba nieźle uważać, żeby nie fiknąć kozła na plastikowym krzesełku na pokładzie. Na wyspie Tarutao opuszcza nas paru towarzyszy podróży i jest nas jeszcze mniej. Po 2 godzinach płynięcia wreszcie widzimy kontury naszej wyspy. Łódź, którą płyniemy, nie może dobić do wyspy, bo nie ma tu żadnej przystani. Do brzegu dowożą nas łodzie rybaków. Woda ma kolor szmaragdu, puste plaże, białutki piasek. Zamieszkujemy w prostym bungalowie na szczycie wzgórza z widokiem na morze.